poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział II (cz.I)


                                                                         ~~~~~~

Cała kraina pokryta była czymś w rodzaju lodu. „Czymś w rodzaju” ponieważ wizualnie go odwzorowywała, ale nie odczuwałam zimna. Było tu pięknie. Wokół otaczały mnie przepiękne lodowe jaskinie i góry, a wszędzie znajdował się śnieg. Spojrzałam na siebie w odbiciu kryształowo czystej zamarzniętej wody. Miałam bose stopy, a sama nosiłam letnią, białą oraz prostą sukienkę. Brązowe, rozpuszczone włosy ułożyły się całkowicie naturalnie. Odruchowo podrapałam się po kościstym fragmencie za policzkiem. Co ja tutaj u diaska robię? Nie powinnam teraz być... Właśnie, gdzie? Zmarszczyłam brwi w celu intensywnego myślenia.

- Główkowanie nic nie da. - delikatny dziewczęcy głos odezwał się z tyłu.

Spojrzałam w kierunku z którego usłyszałam te słowa. Nieco dalej ode mnie stała dziewczyna. Niska, szczupła, o delikatnych rysach twarzy. Kręcone włosy sięgały jej za kolana, ale wyglądały na zadbane. Przeraził mnie fakt, iż nieznajoma była całkowicie biała. Nie blada, nie sina. Biała. Tak samo jak jej włosy, paznokcie, a nawet strój. Jedynie jej oczy posiadały głęboki, zielony odcień.

- Kim jesteś? - zapytałam.

Dziewczyna zrobiła obrót wokół własnej osi. Wyglądało to, jakby tańczyła.

- Cóż ci da ta odpowiedź? Aktualnie jestem osobą stojącą obok ciebie. Zaraz zostanę osobą, której zadasz pytanie. Dzięki temu moja tożsamość cały czas się zmienia.

Podrapałam się po głowie.

- Matko, co ja brałam...

Towarzyszka przekrzywiła głowę.

- Stosowniej byłoby wpierw zapytać : „Co ja tutaj robię?”.

Westchnęłam.

- To też może być. Miejsce nie jest tak zmienne jak twoja osoba. Więc co to za lodowa kraina i co ja tutaj robię?

Parsknęła śmiechem. Wiatr zawiał. Nie wiem dlaczego, ale nie sprawiał, że czułam się wyziębiona.

- To wszystko dzieje się w twojej głowie. Masz majaki, dostałaś bardzo silny lek.

Oparłam się o jedną z gór.

- Skąd to wiesz? Z takimi informacjami nie możesz być jedynie majakiem.

- Uch, sklejasz fakty nawet wtedy kiedy jesteś nieprzytomna? No ciekawe. - poderwała się.

Z gracją podbiegła do mnie. Nie minęła sekunda, kiedy znowu ujrzałam jej twarz. Tym razem tylko jeden centymetr od mojej.

- Powiedz mi.. - przechyliła głowę. - Za kogo się uważasz, Iris Rail?

Zamrugałam.

- Co?

Westchnęła.

- Proste pytanie. Uważasz się za kogoś z Resvel, czy może lepiej się czujesz na terytorium wroga?

Przełknęłam ślinę.

- Nie „proste”, tylko głupie. - z trudem powstrzymywałam drżenie głosu. Ta dziewczyna mnie przerażała. Wiedziała coś, czego wiedzieć nie powinna. - To chyba oczywiste. Uważam się za kogoś, kim faktycznie jestem.

Zaśmiała się dźwięcznie.

- Hah, a to ciekawe.

Zerwał się mocny wiatr.

- Dlaczego?

- Bo nawet nie masz pojęcia co czyni cię taką, a nie inną.

Zirytowała mnie. W śnie również po mnie ludzie jeżdżą, no super. Wiem, że jestem niedorobiona jakaś, ale nie trzeba mi tego ciągle wypominać.

- Po prostu tatuś i mamusia się nie postarali kiedy mnie robili i wyszło im takie dziecko made in china.

Parsknęła.

- Masz niezłe poczucie humoru.

- Uaktywnia się, kiedy ktoś mnie wkurzy.

I dlaczego u licha rozmawiam z kimś, kto nie istnieje?

- Dam ci jedną dobrą radę. Nie używaj tego pierścionka zbyt często, nie jesteś przystosowana i może stać ci się krzywda. - wskazała na podarek od Rilianny.

Zszokowana patrzyłam na błyskotkę na mojej dłoni, której jeszcze parę sekund temu nie było.

- Do zobaczenia. - rzuciła.

Nie zdążyłam nic powiedzieć. Jej słowa rozmyły się wraz z delikatnym już wiatrem, a sylwetka zniknęła w bieli lodowej krainy.



***



- To nie będzie wymagać kroplówki. Podejrzewam, że tylko zasłabła. Przesadziliście z tym całym armetrem. - znajomy, męski głos szepnął.

- Nie moja wina. Księżniczka tego chciała. - w otumanieniu rozpoznałam Erianna. - Ale za to mamy już wiele dowodów, teraz musimy czekać na wyniki morfologii i DNA.

Mrugnęłam. O czym oni mówili? Lekko się podniosłam i przetarłam oczy. Eriann rzucił się w moją stronę razem z mężczyzną w kitlu.

- Nie wstawaj. - szepnął. - Leż spokojnie, wyczerpałaś się na treningu. - głos młodego uspokajał mnie. - Zaraz podamy ci leki i wszystko powinno wrócić do normy.

Zamrugałam kilkakrotnie.

- Gdzie ja jestem?

Krzątając się odpowiedział :

- W gabinecie lekarskim.

Rozejrzałam się po sali. Przez chwilę miałam wrażenie, że ciągle znajduję się w miejscu pokrytym lodem. Potrząsnęłam głową. Ten sen był naprawdę dziwny.

- A gdzie Rilianna?

- Księżniczka jest aktualnie zajęta, wróciła więc do swoich obowiązków.

Kiwnęłam głową. No tak, przecież jest tutaj kimś ważnym, nie może spocząć na laurach i mnie zabawiać.

- Z powodu tego wypadku zostaniesz tu jeszcze jeden dzień. Bliscy już zostali powiadomieni. Uparcie pragnęli cię odwiedzić, ale stanowczo im tego zakazaliśmy. Powiedziałem, iż lepiej, by nie oglądali cię w tym stanie.

Zmarszczyłam brwi. Czy wszystko zmierza ku temu, bym tutaj zamieszkała na stałe? W dodatku owy „wypadek” nie był poważny. Nie czuję się jakoś źle, ani nazbyt wyczerpana.

- Do czego wy u licha zmierzacie, przeklęte bałwany?

Nie odpowiedział. Mężczyzna w kitlu wstał.

- Jak dobrze pójdzie to za godzinę będzie panienka mogła zacząć chodzić. Tylko musi panienka coś zjeść.

Zaśmiałam się kpiąco.

- Nie ma tutaj księżniczki, więc darujmy sobie te sztuczne uprzejmości, bo, aż mi się niedobrze robi. Przecież widzę z jakim obrzydzeniem na mnie patrzysz, lodowa cholero.

Skrzywił się. Odwrócił głowę, tak abym nie widziała jego zdegustowania i mnie zignorował.

- Najpierw proszę wypij to. - Eriann podał mi gęstą, pomarańczową ciecz. - Zwykły syrop wzmacniający.

Chlusnęłam na jeden łyk.

- Eri, idę na dyżur do piwnicy. Zajmij się dobrze panią Rail. - rzekł doktorek.

Chłopak machnął ręką na znak zaakceptowania prośby.

Dyżur do piwnicy? Kto normalny ma szpital w piwnicy? A w ogóle to po jaki kij w zamku potrzebują szpitala? Tak często im straż choruje?

Lekarz nawet się nie obejrzał i wyszedł.

- Uważaj sobie. My też nie znosimy waszej rasy, ale staramy się być mili, bo nasza pani nam kazała. Myślisz, że to takie fajne patrzeć codziennie na twoją wpół zgniłą twarz? No nie bardzo. Poza tym przed chwilą obraziłaś nadwornego medyka, jednego z najlepszych w całym kraju, nie wspominając o regionie. Wasi szamani nie dorównują mu do pięt, więc się zachowuj.

Szamani”? No teraz to gościu przegiął. Poderwałam się.

- Co ty sobie wyobrażasz, co? Moja twarz nie jest „wpół zgniła” tylko nasze skronie nie są pokryte skórą, to tyle idioto. I jacy szamani? Nie wiem czego was uczą w tych szkołach, ale chyba coś pokręcili.

Eriann zaśmiał się z pogardą.

- Ktoś kto preferuje żyć w norze pod ziemią na pewno nie ma profesjonalnej opieki lekarskiej. Och, przepraszam... Może i macie, ale wiesz, że kuracja korzeniami i jedzenie gleby nie jest zbyt zdrowe? Chociaż w sumie, dla was może i w sam raz... Natura w końcu uporządkowała ten świat hierarchicznie. Nie dziw, że ci, którzy są na samym dole delektują się piachem.

Nie wytrzymałam i rzuciłam się na niego. Miałam zamiar go uderzyć, kiedy w moją głowę wdarł się przeszywający ból.

- Widzisz? Nawet jeśli chcesz, to nie możesz. Jesteś teraz zdana na naszą łaskę, więc siedź cicho i nie podskakuj.

Westchnęłam. Gościu miał rację. Tak bardzo pragnęłam mu przywalić, ale nie byłam w stanie.

- Bądź grzeczna, ja zostawiam straże przy drzwiach. - spojrzał na mnie lekceważąco.

Jego oczy sprawiały wrażenie naprawdę zimnych. Chłodniejszych od Rilianny. Nie wiem dlaczego, ale dopiero teraz to zauważyłam. Eriann na pewno nie był miłym gościem. Nie tylko dla mnie, ale i dla innych. Blond włosy sięgające trochę za linię żuchwy dopełniały jego nieprzyjemnej postawy. Zawsze mnie dziwiło dlaczego ludzie zimna zawsze byli trochę opaleni. Tj. posiadali taką karnację. Mimo tej wakacyjnej cery i delikatnego zapachu słońca, dało się czuć bijący od nich lodowaty chłód. Nie mogłam do tego przywyknąć, więc za każdym razem kiedy Rilianna mnie dotykała dostawałam gęsiej skórki. Jeżeli chodzi o Terran to zazwyczaj nie posiadają konkretnego zapachu, ale na pewno nie da się ich przegapić w tłumie... Czasami dziękowałam górze, że urodziłam się Resvelką, bo naprawdę nie widziało mi się mieć mega krzywych oczu, dwóch metrów wzrostu i karku pokrytego futrem. Terranie często pracują jako ogrodnicy, czy botanicy. Jeśli już opuszczają swój kraj. Zazwyczaj nie lubią ruszać się z miejsca w, którym się urodzili, jednak nieraz zmusza ich do tego sytuacja. Życie.

Delikatnie podparłam się łokciami odruchowo chcąc sprawdzić godzinę na telefonie. W sekundę ocknęłam się i uświadomiłam sobie, że zabrano mi wszystkie rzeczy. Zamiast komórki w moje ręce dostał się pierścień podarowany wcześniej przez Riliannę. Obejrzałam go jeszcze raz. Gwiazda stale połyskiwała.

- Nie używać go za często, co...? - powtórzyłam cicho słowa tajemniczej nieznajomej ze snu.

Ścisnąwszy go walnęłam się na poduchę. Głęboko westchnęłam. Zmrużyłam leniwie oczy i wbiłam wzrok w tlące się pośród ciemnego kryształu iskierki.

- Co tu się u licha wyprawia... - zmieniłam głos w szept. - Chcę do domu...

Czy oni przywlekli mnie tu tylko po to, aby pokazać mi jaka jestem beznadziejna? Aby rozłożyć Iris Rail na części pierwsze i każdą z nich niszczyć kawałek po kawałeczku? Jeśli tak, to już nogi mają z głowy. Królewna Śnieżka mnie mocno poobijała w czasie „treningu” będącego tylko przykrywką dla wykazania jej chęci mordu wobec sąsiadów.

Oczy same mi się kleiły do snu.

Minutę później byłam już w krainie Orfeusza.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz