~~~~~~
Szłyśmy
razem bardzo ciasnym korytarzem. W trakcie wędrówki dołączył do
nas zespół lekarzy w kitlach i sześciu strażników. Podejrzewam,
że podczas śniadania też się gdzieś czaili, jak ja wczoraj pod
zasłoną. W towarzystwie wypatrzyłam jednego młodego chłopaka, w
moim wieku. Dodało mi to trochę otuchy. Taki młodzik, a już
pracuje w zespole królewskim? Poczułam do niego szacunek. Wedle
moich genialnych obliczeń (z matmą żyję jak mąż z żoną po
rozwodzie) to studia musiał zacząć w wieku dwunastu lat! Albo po
prostu się przypałętał i zmywa za nami podłogi.
-
Nie stresuj się. Wszystko jest pod kontrolą. Rób to co powiedzą
ci lekarze.
Kiwnęłam
niepewnie głową.
Zanim
się obejrzałam, znajdowaliśmy się w specjalistycznym gabinecie.
Ciary mnie przeszły.
-
Panno Rail, proszę się położyć na stole i się zrelaksować.
Zrobimy USG, a potem pobierzemy krew i kilka innych rzeczy.
Przechodziłaś badania kontrolne?
-
Tak. – potwierdziłam.
-
Cierpisz na jakieś poważne schorzenie? Bierzesz leki?
Przytaknęłam.
-
Układu krwionośnego. Mojemu organizmowi trudniej produkuje się
limfocyty i czasami drętwieją mi pewne części ciała z powodu
niedokrwienia. Hematolog przypisał mi Litoctazyt oraz
Nervmoten. Nie jestem w stanie także używać zbyt wiele
arkany.
-
Nie ukrywam, iż to rzadka przypadłość, jednak leki są mi dobrze
znane. No, skoro już wszystko wiem, poproszę zespół o
przygotowanie stanowisk do następnych badań i opuszczenie nas.
Wszyscy
zgodnie wyszli z gabinetu. Zostałam tylko ja, Rilianna i lekarz.
Poczułam się trochę nieswojo.
-
Nie nakłuj jej zbytnio, zaraz po tym idziemy na salkę treningową.
-
Wszystko jest gotowe, jaśnie pani. Armetr podłączy Eriann.
Księżniczka
zmrużyła oczy, podczas kiedy(jak wyczytałam z jego identyfikatora)
dr. Varieninn Causnive macał mnie po tułowiu gałką od USG.
Ludzie, czy tylko ja mam takie wrażenie, czy prawie wszystkie imiona
w Sanhil kończą się na podwójne „n” i posiadają „ri”?
-
A jak ojciec? - spytała.
Ojciec?
Pewnie ma na myśli ich króla. Nie interesuje mnie polityka wrogich
państw, ale z tego co wiem został otruty przez rewolucjonistów i
walczy o życie już przez ponad rok. Sprawa była głośna, gdyż
wpierw to nas oto oskarżono.
-
Nic się nie zmieniło, cały czas w śpiączce. Parametry takie
same, tylko czasami skacze mu ciśnienie, ale to raczej nic
niepokojącego.
Księżniczka
nie odpowiedziała.
Po
serii badań(jak się okazało pojęcie „kilka” jest względne)
zostałam zaprowadzana na ogromną halę, obitą dziwnego rodzaju,
miękkim materiałem, z podłogą wyłożoną matą i masą reszty
dziwnych bajerów. W dolnym rogu pomieszczenia znajdowała się
szklana komnata ze sprzętem elektronicznym. Ujrzałam w jej wnętrzu
chłopaka z wcześniej.
-
Zaraz rozpoczniemy ćwiczenia. - powiedziała cicho Rilianna –
Eriann! - tym razem krzyknęła.
Postać
wyskoczyła zza szklanej gabloty niczym pajacyk z nakręcanego
pudełka.
-
Tak, wasza wysokość?! - odkrzyknął.
Lepiej
by było, gdyby spotkali się na środku tej „malutkiej” salki
treningowej, a nie wrzeszczeli na pół pałacu.
Eriann
jakby czytał w moich myślach i od razu przybiegł wręcz pod stopy
księżniczki.
-
Armetr jest podłączony? - zapytała.
-
Oczywiście.
-
Kostiumy ochronne przygotowane?
-
Naturalnie.
-
Cele gotowe?
-
Tak.
Kiwnęła
głową.
-
Pójdziemy się przebrać. Ty w tym czasie upewnij się, czy nikt nie
wejdzie.
Chwyciła
mnie za rękę i zaprowadziła do dużej szatni. Faktycznie : stroje
zostały przygotowane. Dwa czarne kostiumy z niebieskimi naszywkami
wsiały na wieszakach.
-
Po co kamizelki kuloodporne...? - zagaiłam ze strachem.
-
Przekonasz się. W dodatku nie są kuloodporne, tylko mają zdolność
amortyzowania znaczniej ilości obrażeń zadanych podczas walki.
W-walki?!
Osłupiałam. Czy ja będę walczyć z baaardzo niebezpiecznym
członkiem rodziny królewskiej?! A co jak przez przypadek złamię
jej nogę, czy coś? Będę musiała płacić ogromne odszkodowanie!
-
Z całym szacunkiem Rilianno, jednak nie mogę zgodzić się na walkę
z osobą posiadającą krew Sanhilanów. To niczym złamanie
kontraktu.
Dziewczyna
parsknęła śmiechem.
-
Jakbyś miała mnie chociaż dotknąć, Iris Rail.
Przeczesałam
włosy dłonią. Teraz to już w ogóle miałam pietra. A jak w
sądzie będą zeznawać, że ją sprowokowałam, albo iż działała
w obronie własnej? Kij na górze normalnie.
Starałam
się nie myśleć o konsekwencjach(już zresztą przesądzonego)
pojedynku, tylko zebrać się fizycznie oraz psychicznie i w końcu
założyć ten sztywny kostium. Do licha, co to jest?
-
Z czego wy robicie te ubrania? - zapytałam się, nie ukrywając
pretensji.
Rilianna
widocznie nie miała mi tego za złe. Jedynie zmrużyła oczy.
-
Te stroje zostały wyprodukowane z grafenu. O wiele bardziej
wytrzymalsze od innych kombinezonów ochronnych. To, że są
niewygodne to tylko mała wada, przy tym, jak bardzo mogą ci
uratować skórę.
Przełknęłam
ślinę.
Wkroczyłyśmy
z powrotem na salę. Eriann czekał cierpliwie za szklaną gablotą.
Z niewiadomych mi przyczyn nałożył dźwiękoszczelne słuchawki.
Pomachał w naszym kierunku, zapraszając do środka. Bez wahania
ruszyłam za Rilianną. Chłopak podał nam obu zatyczki do uszu.
Włożyłam je, jednak ciągle nie rozumiałam do czego mi będą
służyć. Przecież w tym pomieszczeniu są tylko trzy osoby
włącznie ze mną.
-
Na razie ich nie zakładaj. - szepnęła księżniczka. Zdjęła
również słuchawki z uszu Eriana. Ku mojemu zdziwieniu, rówieśnik
lekko się zaczerwienił.
Wcześniej
nie zwróciłam zbytnio uwagi na jego wygląd. Miał jasne, blond
włosy i niebieskie oczy. Nosił zwykłe okulary, a jego cera
sprawiała wrażenie trochę opalonej. Był wysoki, wyższy ode mnie,
ale z twarzy ciągle przypominał małego chłopca. Widząc jak
Rilianna zdejmuje mu owe słuchawki, stwierdziłam, że musi go
darzyć ogromnym zaufaniem, skoro tak się z nim spoufala.
-
Idź na środek. - wskazała.- Eriann tu zostanie i będzie operował
treningiem.
Ze
względu na ogromną ilość powierzchni, jaką mogła pochwalić się
salka, zdecydowałam, że pobiegnę truchcikiem, abyśmy mogły
szybciej zacząć.
Zanim
dotarłam do wyznaczonego punktu, coś zamigało mi przed oczami.
Mrugnęłam. Rilianna już tam była.
-
J-jak...? Szłaś za mną... - głos mi lekko drżał.
Moce
nie są niczym szczególnym, ale jeszcze NIGDY nie słyszałam o
czymś takim.
Dziewczyna
tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się tajemniczo. Puściła
sygnał do Erianna, aby zaczynał. Zrobiła krok w tył.
-
Pokaż mi co potrafisz.
Poczułam
się zdezorientowana.
-
Przepraszam, możesz powtórzyć?
Westchnęła.
-
Ukaż mi swą moc.
Zaśmiałam
się nerwowo.
-
Czy to konieczne?
Zdziwiła
się.
-
Coś nie tak?
Przełknęłam
głośno ślinę.
-
Moja zdolność... Ta cała choroba blokuje przepływ energii z
obiegu do moich żył. Przez to mogę używać jej tylko trochę i w
dodatku jest... Beznadziejna.
-
No, jak mi jej nie pokażesz to się nigdy nie przekonam.
Wzruszyłam
ramionami.
-
No dobrze.
Skupiłam
się.
Wzięłam
głęboki wdech. Wezbrałam całą garstkę arkany jaką obecnie
posiadałam i zgromadziłam ją w palcach. Zaczęły stopniowo
znikać. Zmarszczyłam brwi. Nie zwracałam uwagi na nic. Gdybym się
rozproszyła – znowu stałyby się widoczne.
-
Czyli na tym polega? - głos księżniczki wyrwał mnie z transu.
Jedna
chwila – są z powrotem.
-
Tak...
Podrapała
się po głowie.
-
Mówisz, że to nic dobrego, ale osób z tą zdolnością znam
naprawdę mało. Musisz tylko trochę poćwiczyć. Jeśli to zrobisz
– możesz stać się kimś niesamowitym. Potrafisz zniwelować też
cząstki, czy to tylko i wyłącznie iluzja?
-
Iluzja. Kiedy jestem spanikowana potrafię zniknąć w większości,
ale nie potrafię się wtedy ruszać bez ujawnienia. - odruchowo
dotknęłam kościstej skroni, która była zakamuflowana włosami. -
Przez to miałam zwolnienie z zajęć użytkowania indywidualnego
arkan.
-
A możesz zmienić się w coś innego?
Parsknęłam
śmiechem.
-
Zmiennokształtność należy do Terran.
-
Nieprawda. - zaprzeczyła. - Istnieją istoty, które to potrafią
nie będąc ludźmi lasu. Tak czy siak... - spojrzała mi prosto w
oczy. - Ofensywa raczej nie jest twoją mocną stroną. Bardziej
rozwinęłaś zdolności mentalne. Jednak i to dobre. W tych czasach
zbyt wiele jest istot opierających się na magii czystofizycznej.
Wzdrygnęłam
się. To zabrzmiało jak pocieszenie, jednak wyczułam w jej tonie
drwinę.
-
No dobra, zaczynajmy.
Moje
źrenice zmniejszyły się. Jak to „zaczynajmy”? Czy my już nie
wystartowaliśmy z tym wszystkim?
Rilianna
przybrała dziwną, bojową postawę. Eriann zza szklanej ściany
pokazał mi gestem, abym założyła zatyczki. Zdezorientowana
zrobiłam to. Kobieta naprzeciw mnie wyglądała na profesjonalistkę.
Do przodu wyciągnęła jedną rękę, natomiast nogi ugięła.
Podniosła dłoń.
-
Equien. - wyszeptała.
Zupełnie
niespodziewanie rozległ się ogromny trzask. Dziękowałam w duchu,
że jednak włożyłam te waciki. Tylko co go spowodowało?
Obejrzałam się wokół siebie. Nie było nic. Mimo niechęci
spojrzałam w górę.
-
Co do... - zaczęłam, ale nie skończyłam.
Miliony
drobnych kawałeczków lodu będących jeszcze sekundę temu obok
sufitu, rzuciło się w moją stronę. Migiem zabrałam się za
ucieczkę. Księżniczka stała niewzruszona. Ostre niczym szkło
odłamki wybrały sobie mnie za cel. Z paniką w oczach nie zwracałam
uwagi na nic. Odruchowo skierowałam się do drzwi.
-
Equien. - powtórzyła.
Lód
zstąpił przede mnie. Po raz kolejny usłyszałam ostry trzask. Z
ciarkami na plecach ponownie wzniosłam oczy ku górze. To chyba
jakiś żart... Mogłaś mi na wstępie powiedzieć, że chcesz mnie
zabić, a nie się nade mną pastwić!
Następna
fala odłamków goniła za mną jak oszalała. Nie miałam kondycji,
więc szybko się zmęczyłam. Rzucałam się na prawo i lewo.
Rilianna wyglądała na niewzruszoną. W obecnej sytuacji nawet moja
iluzja by nie pomogła. Przecież zimni potrafią wyczuwać swoją
ofiarę za pomocą ciepła przez nią wytwarzanego... Jestem w
martwym punkcie. Setny raz rzucając się na matę nie miałam już
sił, aby wstać. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. „To
koniec...” - pomyślałam. Księżniczka Sanhil zrobi ze mnie multi
szaszłyk.
-
Ale jesteś słaba.- westchnęła głęboko. - Faktycznie, bardziej
niż mi się wydawało. W dodatku robisz dużo niepotrzebnych ruchów.
W
jednej chwili odłamki spadły na ziemię. Wokół rozległ się
dźwięk kruszonego lodu. Podparłam się łokciem na macie, czując
się już zdecydowanie bezpiecznej.
-
Przepraszam...
-
Nie masz za co przepraszać. - powiedziała.
Przeskanowałam
ją wzrokiem. Ciągle utrzymywała tą dumną, waleczną postawę.
Jej delikatne rysy zdawały się przybierać rozgoryczoną minę.
Zarzuciła na bok białe włosy związane w luźną kitkę. Cały
czas byłam bardziej niż roztrzęsiona. Myślałam, że zginę.
-
Zdradzisz mi jak to zrobiłaś?
Kiwnęła
głową. Podniosła ponownie rękę do góry.
-
Equien.
Gestem
pokazała, abym zwróciła wzrok ku sufitowi. Nie wierzyłam własnym
oczom. Powietrze znajdujące się nad nami zmieniało się szybko w
grubą warstwę, twardo zbitego szronu. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
Tafla utworzona nad nami pękła.
-
Więc w taki sposób... - rzekłam czując się niczym Kolumb po
odkryciu Ameryki.
Odsunęła
się. Kawałeczki zleciały na ziemię, przy tym obijając się o
mnie.
-
Genialne. - wstrzymałam oddech na sekundę.
Serce
biło mi jak oszalałe.
-
Musisz bardziej docenić swoją zdolność. Nikt z naszej rasy takiej
nie posiada. W Resvel również.
-
W Resvel również...? Ale mówiłaś, że znasz paru ludzi z tym
czymś...
Chrząknęła.
-
Eriann! - zawołała. - Podejdziemy bliżej, włącz armetr.
Nie
mam pojęcia jak ją usłyszał zza tej szyby, ale widocznie musiał
to zrobić, gdyż postukał parę razy w klawiaturę na ogromnym
pulpicie.
-
Dla jasności – nie martw się o niego. Jest bezpieczny, gablota
została wyprodukowana z diamentu. Tak łatwo jej się nie przebije.
Grafen?
Diament? Nawet nie chciałam myśleć o funduszach, jakimi
dysponowali.
-
No dobrze, teraz ci coś dam. Używaj tego ostrożnie, dobrze?
Mimo
swojego zdziwienia na wieść o „prezencie”, kiwnęłam głową.
Rilianna wygrzebała małe zawiniątko ze swojej kieszeni. Zrobiła
parę kroków tak, aby móc znaleźć się centralnie naprzeciw moich
dłoni. Dotknęła ich i coś w nie wsadziła. Mimo woli poczułam
jaką ma zimną skórę. Spojrzałam na to. Mały, satynowy woreczek
związany wstążką. W środku coś się znajdowało.
-
Otwórz. - powiedziała pół głosem.
Z
lekkim przerażeniem, ale i podekscytowaniem pociągnęłam za róg
kokardki, tym samym otwierając sakiewkę.
Moim
oczom ukazał się pierścionek, którego obręcz była srebrna, a na
samym czubku widniał średniej wielkości kryształ. Był masywny i
ciemnofioletowy. W jego środku dało się ujrzeć dziwne,
połyskujące „grudki”. Mimo swojego braku delikatności, został
oszlifowany oraz wyrzeźbiony w kształt wieloramiennej gwiazdy. Ten
symbol był wszechobecnym godłem Sanhil. Dokładniej rzecz ujmując
nie była to tyle gwiazda, co dziewięć skrzyżowanych ze sobą
strzał – jednak pierścionek do niego bardzo nawiązywał.
-
Przepraszam... Nie wiem co powiedzieć. Czy to dla mnie? -
wykrztusiłam.
-
Tak. Nie podoba ci się?
Podskoczyłam.
-
Nie, nie! Jest przecudny. Tylko ciągle nie rozumiem dlaczego mi to
dajesz... Nie będę mogła za to zapłacić.
Dziewczyna
roześmiała się.
-
Po co chcesz za to płacić? To prezent z okazji twojego pobytu w
naszym państwie oraz rekompensata za twoje porwanie.
Odetchnęłam
z ulgą chyba po raz setny w ciągu ostatniej godziny.
-
Dziękuję! Uwielbiam piękną biżuterię. - lekko naciągnęłam
fakt.
-
To nie jest zwykła biżuteria. - chrząknęła.- Kryształ
znajdujący się na tym pierścionku jest specjalnym kamieniem
regulującym poziom arkany w twojej krwi. Dzięki temu będziesz
mogła pobierać więcej energii oraz nią lepiej manipulować. Coś
w rodzaju łącznika.
Zaśmiałam
się.
-
Taki śliczny, malutki kamyczek może mi pomóc z magią?
Przepraszam, jednak trudno mi w to uwierzyć. - wzruszyłam
ramionami.
Rilianna
wyciągnęła przed siebie dłoń.
-
Też taki mam. - wskazała. Był prawie identyczny, gdyby nie to, iż
obrączka została zrobiona ze złota. - Zaufaj mi. Musisz tylko
nauczyć się komend z języka staroterrańskiego.
-...staroterrański?
Istnieje taki w ogóle?
Uśmiechnęła
się.
-
Tak. Najprostsze to : equien, mestaria i rien. Co
dosłownie znaczy wiatr, wodę i ziemię. W sensie, kiedy chcesz użyć
chwilowego wzmocnienia musisz powiedzieć equien. Natomiast
kiedy czujesz, że należałoby poszerzyć „czar” mówisz
mestaria. Rien używa się tylko na nagłe przypadki,
im głośniej to krzykniesz, tym bardziej zadziała. Otóż owa
„ziemia” służy do nadania twojej umiejętności pewnego rodzaju
umocowania, dzięki któremu nie da się go tak łatwo zdjąć.
Naprawdę – nie wiem kto to wymyślał. Nie przejmuj się – ja
też jak się tego uczyłam, to po prostu waliłam się książką w
głowę.
Nie
wiedziałam, czy powinnam zareagować śmiechem, czy zrobić
współczującą minę. Jednak sposoby aktywacji arkany były
nadzwyczaj interesujące.
-
Więc wystarczy, że to przycisnę i powiem jedno z tych słów?
Pokręciła
głową.
-
Nie. Gdyby to było takie proste to każdy byłby w pełni mocy. Otóż
wszystko wymaga treningu. Musisz poczuć tą energię. Może to
dziwne, ale każda z tych komend posiada inny rodzaj arkany.
O
matko.
-
No dobrze, to jak to zrobić?
-
Potrzebujesz poczuć to w klatce piersiowej. Musisz stać się
jednością z tym zaklęciem. Wchłoń je. Nie daj się zdominować.
Skup się, ale nie za bardzo. Przyzwyczaj się do tego, że nie
zawsze będziesz miała możliwość używać swojej zdolności w
idealnych, cichych warunkach. Działaj.
Wzruszyłam
ramionami. No dobra.
Założyłam
pierścień na palec i przykryłam go lewą dłonią.
-
Equein.
Zamknęłam
oczy. Wzięłam głęboki oddech. Poczuwszy dziwne ciągnięcie na
środku żeber, wypchnęłam je lekko do przodu. Dałam powietrzu w
płucach wolną wolę. Może zabrzmi to jakbym była nienormalna, ale
miałam wrażenie, że za wszelką cenę szukało dojścia do mojej
krwi. Kiedy prawie udało mu się wyswobodzić, wzięłam kolejny
oddech. Tym razem zatrzymałam dopływ tlenu. Z zamkniętymi oczami,
bez zakłóceń wynikających z oddychania, mogłam się skupić
tylko i wyłącznie na tańczącym wewnątrz mnie wietrze. Dosłownie
– to co teraz działo się obok mojego serca, mogłam śmiało
nazwać małą wichurą.
-
Jeszcze raz. - rzekła stanowczo Rilianna.
Pewnie
chodziło jej o wypowiedzenie komendy. Ścisnęłam pierścień.
-
Equein.
Oczy
wyszły mi na wierzch. Moje gardło ścisnął ogromny ból.
Wrzasnęłam. Kolana ugięły się pode mną, nie wiedziałam co
robić. Niczym blokada pod olbrzymim ciśnieniem, tchawica, płuca,
szyja – to wszystko zaraz zdawało się pęknąć. Ku własnemu
zdziwieniu moja klatka piersiowa zniknęła. Nie było jej widać.
Uderzyła kolejna fala bólu. Krzyknęłam po raz drugi. Ta powaliła
mnie na ziemię. Dlaczego nikt nic sobie z tego nie robi? Nie byłam
zdolna oddychać. Każdy złapany łyk tlenu powodował jeszcze
większe ciosy wewnątrz mnie. Spojrzałam na księżniczkę. Kącik
jej ust lekko drgnął. Eriann ciągle siedział przed pulpitem z
armetrem i się w niego gapił.
-
Equein mestaria. - usłyszałam znajomy głos.
Ból
łamał każdą możliwą barierę. Krzyczałam. Nawet nie wiem kiedy
zaczęłam płakać. Zbliżał się do dolnego odcinka kręgosłupa,
absolutnie nie opuszczając wcześniej zajętych przez niego terenów,
czyli gardła i płuc. Myślałam, że moje kości pękają pod
naciskiem wichury.
-
Już mam. - głośno powiedział Eriann.
Rilianna
podeszła do mnie. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Nie byłam
pewna, ale miałam wrażenie, że dziewczyna naprzeciw mnie, ciągle
powstrzymywała się od śmiechu. Pewnie miałam zwidy. Ból mnie nie
oszczędzał, więc obojętne kto mi pomoże – byleby to zrobił.
-
Już dobrze... - do ucha szepnął mi delikatny, kobiecy głos.
Następnie ledwo słyszalnie dodał : - Equein mestaria.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz