piątek, 12 czerwca 2015

Rozdział I(cz.II)

                                                 ~~~~~~

Szłyśmy razem bardzo ciasnym korytarzem. W trakcie wędrówki dołączył do nas zespół lekarzy w kitlach i sześciu strażników. Podejrzewam, że podczas śniadania też się gdzieś czaili, jak ja wczoraj pod zasłoną. W towarzystwie wypatrzyłam jednego młodego chłopaka, w moim wieku. Dodało mi to trochę otuchy. Taki młodzik, a już pracuje w zespole królewskim? Poczułam do niego szacunek. Wedle moich genialnych obliczeń (z matmą żyję jak mąż z żoną po rozwodzie) to studia musiał zacząć w wieku dwunastu lat! Albo po prostu się przypałętał i zmywa za nami podłogi.

- Nie stresuj się. Wszystko jest pod kontrolą. Rób to co powiedzą ci lekarze.

Kiwnęłam niepewnie głową.

Zanim się obejrzałam, znajdowaliśmy się w specjalistycznym gabinecie. Ciary mnie przeszły.

- Panno Rail, proszę się położyć na stole i się zrelaksować. Zrobimy USG, a potem pobierzemy krew i kilka innych rzeczy. Przechodziłaś badania kontrolne?

- Tak. – potwierdziłam.

- Cierpisz na jakieś poważne schorzenie? Bierzesz leki?

Przytaknęłam.

- Układu krwionośnego. Mojemu organizmowi trudniej produkuje się limfocyty i czasami drętwieją mi pewne części ciała z powodu niedokrwienia. Hematolog przypisał mi Litoctazyt oraz Nervmoten. Nie jestem w stanie także używać zbyt wiele arkany.

- Nie ukrywam, iż to rzadka przypadłość, jednak leki są mi dobrze znane. No, skoro już wszystko wiem, poproszę zespół o przygotowanie stanowisk do następnych badań i opuszczenie nas.

Wszyscy zgodnie wyszli z gabinetu. Zostałam tylko ja, Rilianna i lekarz. Poczułam się trochę nieswojo.

- Nie nakłuj jej zbytnio, zaraz po tym idziemy na salkę treningową.

- Wszystko jest gotowe, jaśnie pani. Armetr podłączy Eriann.

Księżniczka zmrużyła oczy, podczas kiedy(jak wyczytałam z jego identyfikatora) dr. Varieninn Causnive macał mnie po tułowiu gałką od USG. Ludzie, czy tylko ja mam takie wrażenie, czy prawie wszystkie imiona w Sanhil kończą się na podwójne „n” i posiadają „ri”?

- A jak ojciec? - spytała.

Ojciec? Pewnie ma na myśli ich króla. Nie interesuje mnie polityka wrogich państw, ale z tego co wiem został otruty przez rewolucjonistów i walczy o życie już przez ponad rok. Sprawa była głośna, gdyż wpierw to nas oto oskarżono.

- Nic się nie zmieniło, cały czas w śpiączce. Parametry takie same, tylko czasami skacze mu ciśnienie, ale to raczej nic niepokojącego.

Księżniczka nie odpowiedziała.

Po serii badań(jak się okazało pojęcie „kilka” jest względne) zostałam zaprowadzana na ogromną halę, obitą dziwnego rodzaju, miękkim materiałem, z podłogą wyłożoną matą i masą reszty dziwnych bajerów. W dolnym rogu pomieszczenia znajdowała się szklana komnata ze sprzętem elektronicznym. Ujrzałam w jej wnętrzu chłopaka z wcześniej.

- Zaraz rozpoczniemy ćwiczenia. - powiedziała cicho Rilianna – Eriann! - tym razem krzyknęła.

Postać wyskoczyła zza szklanej gabloty niczym pajacyk z nakręcanego pudełka.

- Tak, wasza wysokość?! - odkrzyknął.

Lepiej by było, gdyby spotkali się na środku tej „malutkiej” salki treningowej, a nie wrzeszczeli na pół pałacu.

Eriann jakby czytał w moich myślach i od razu przybiegł wręcz pod stopy księżniczki.

- Armetr jest podłączony? - zapytała.

- Oczywiście.

- Kostiumy ochronne przygotowane?

- Naturalnie.

- Cele gotowe?

- Tak.

Kiwnęła głową.

- Pójdziemy się przebrać. Ty w tym czasie upewnij się, czy nikt nie wejdzie.

Chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do dużej szatni. Faktycznie : stroje zostały przygotowane. Dwa czarne kostiumy z niebieskimi naszywkami wsiały na wieszakach.

- Po co kamizelki kuloodporne...? - zagaiłam ze strachem.

- Przekonasz się. W dodatku nie są kuloodporne, tylko mają zdolność amortyzowania znaczniej ilości obrażeń zadanych podczas walki.

W-walki?! Osłupiałam. Czy ja będę walczyć z baaardzo niebezpiecznym członkiem rodziny królewskiej?! A co jak przez przypadek złamię jej nogę, czy coś? Będę musiała płacić ogromne odszkodowanie!

- Z całym szacunkiem Rilianno, jednak nie mogę zgodzić się na walkę z osobą posiadającą krew Sanhilanów. To niczym złamanie kontraktu.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

- Jakbyś miała mnie chociaż dotknąć, Iris Rail.

Przeczesałam włosy dłonią. Teraz to już w ogóle miałam pietra. A jak w sądzie będą zeznawać, że ją sprowokowałam, albo iż działała w obronie własnej? Kij na górze normalnie.

Starałam się nie myśleć o konsekwencjach(już zresztą przesądzonego) pojedynku, tylko zebrać się fizycznie oraz psychicznie i w końcu założyć ten sztywny kostium. Do licha, co to jest?

- Z czego wy robicie te ubrania? - zapytałam się, nie ukrywając pretensji.

Rilianna widocznie nie miała mi tego za złe. Jedynie zmrużyła oczy.

- Te stroje zostały wyprodukowane z grafenu. O wiele bardziej wytrzymalsze od innych kombinezonów ochronnych. To, że są niewygodne to tylko mała wada, przy tym, jak bardzo mogą ci uratować skórę.

Przełknęłam ślinę.

Wkroczyłyśmy z powrotem na salę. Eriann czekał cierpliwie za szklaną gablotą. Z niewiadomych mi przyczyn nałożył dźwiękoszczelne słuchawki. Pomachał w naszym kierunku, zapraszając do środka. Bez wahania ruszyłam za Rilianną. Chłopak podał nam obu zatyczki do uszu. Włożyłam je, jednak ciągle nie rozumiałam do czego mi będą służyć. Przecież w tym pomieszczeniu są tylko trzy osoby włącznie ze mną.

- Na razie ich nie zakładaj. - szepnęła księżniczka. Zdjęła również słuchawki z uszu Eriana. Ku mojemu zdziwieniu, rówieśnik lekko się zaczerwienił.

Wcześniej nie zwróciłam zbytnio uwagi na jego wygląd. Miał jasne, blond włosy i niebieskie oczy. Nosił zwykłe okulary, a jego cera sprawiała wrażenie trochę opalonej. Był wysoki, wyższy ode mnie, ale z twarzy ciągle przypominał małego chłopca. Widząc jak Rilianna zdejmuje mu owe słuchawki, stwierdziłam, że musi go darzyć ogromnym zaufaniem, skoro tak się z nim spoufala.

- Idź na środek. - wskazała.- Eriann tu zostanie i będzie operował treningiem.

Ze względu na ogromną ilość powierzchni, jaką mogła pochwalić się salka, zdecydowałam, że pobiegnę truchcikiem, abyśmy mogły szybciej zacząć.

Zanim dotarłam do wyznaczonego punktu, coś zamigało mi przed oczami. Mrugnęłam. Rilianna już tam była.

- J-jak...? Szłaś za mną... - głos mi lekko drżał.

Moce nie są niczym szczególnym, ale jeszcze NIGDY nie słyszałam o czymś takim.

Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się tajemniczo. Puściła sygnał do Erianna, aby zaczynał. Zrobiła krok w tył.

- Pokaż mi co potrafisz.

Poczułam się zdezorientowana.

- Przepraszam, możesz powtórzyć?

Westchnęła.

- Ukaż mi swą moc.

Zaśmiałam się nerwowo.

- Czy to konieczne?

Zdziwiła się.

- Coś nie tak?

Przełknęłam głośno ślinę.

- Moja zdolność... Ta cała choroba blokuje przepływ energii z obiegu do moich żył. Przez to mogę używać jej tylko trochę i w dodatku jest... Beznadziejna.

- No, jak mi jej nie pokażesz to się nigdy nie przekonam.

Wzruszyłam ramionami.

- No dobrze.

Skupiłam się.

Wzięłam głęboki wdech. Wezbrałam całą garstkę arkany jaką obecnie posiadałam i zgromadziłam ją w palcach. Zaczęły stopniowo znikać. Zmarszczyłam brwi. Nie zwracałam uwagi na nic. Gdybym się rozproszyła – znowu stałyby się widoczne.

- Czyli na tym polega? - głos księżniczki wyrwał mnie z transu.

Jedna chwila – są z powrotem.

- Tak...

Podrapała się po głowie.

- Mówisz, że to nic dobrego, ale osób z tą zdolnością znam naprawdę mało. Musisz tylko trochę poćwiczyć. Jeśli to zrobisz – możesz stać się kimś niesamowitym. Potrafisz zniwelować też cząstki, czy to tylko i wyłącznie iluzja?

- Iluzja. Kiedy jestem spanikowana potrafię zniknąć w większości, ale nie potrafię się wtedy ruszać bez ujawnienia. - odruchowo dotknęłam kościstej skroni, która była zakamuflowana włosami. - Przez to miałam zwolnienie z zajęć użytkowania indywidualnego arkan.

- A możesz zmienić się w coś innego?

Parsknęłam śmiechem.

- Zmiennokształtność należy do Terran.

- Nieprawda. - zaprzeczyła. - Istnieją istoty, które to potrafią nie będąc ludźmi lasu. Tak czy siak... - spojrzała mi prosto w oczy. - Ofensywa raczej nie jest twoją mocną stroną. Bardziej rozwinęłaś zdolności mentalne. Jednak i to dobre. W tych czasach zbyt wiele jest istot opierających się na magii czystofizycznej.

Wzdrygnęłam się. To zabrzmiało jak pocieszenie, jednak wyczułam w jej tonie drwinę.

- No dobra, zaczynajmy.

Moje źrenice zmniejszyły się. Jak to „zaczynajmy”? Czy my już nie wystartowaliśmy z tym wszystkim?

Rilianna przybrała dziwną, bojową postawę. Eriann zza szklanej ściany pokazał mi gestem, abym założyła zatyczki. Zdezorientowana zrobiłam to. Kobieta naprzeciw mnie wyglądała na profesjonalistkę. Do przodu wyciągnęła jedną rękę, natomiast nogi ugięła. Podniosła dłoń.

- Equien. - wyszeptała.

Zupełnie niespodziewanie rozległ się ogromny trzask. Dziękowałam w duchu, że jednak włożyłam te waciki. Tylko co go spowodowało? Obejrzałam się wokół siebie. Nie było nic. Mimo niechęci spojrzałam w górę.

- Co do... - zaczęłam, ale nie skończyłam.

Miliony drobnych kawałeczków lodu będących jeszcze sekundę temu obok sufitu, rzuciło się w moją stronę. Migiem zabrałam się za ucieczkę. Księżniczka stała niewzruszona. Ostre niczym szkło odłamki wybrały sobie mnie za cel. Z paniką w oczach nie zwracałam uwagi na nic. Odruchowo skierowałam się do drzwi.

- Equien. - powtórzyła.

Lód zstąpił przede mnie. Po raz kolejny usłyszałam ostry trzask. Z ciarkami na plecach ponownie wzniosłam oczy ku górze. To chyba jakiś żart... Mogłaś mi na wstępie powiedzieć, że chcesz mnie zabić, a nie się nade mną pastwić!

Następna fala odłamków goniła za mną jak oszalała. Nie miałam kondycji, więc szybko się zmęczyłam. Rzucałam się na prawo i lewo. Rilianna wyglądała na niewzruszoną. W obecnej sytuacji nawet moja iluzja by nie pomogła. Przecież zimni potrafią wyczuwać swoją ofiarę za pomocą ciepła przez nią wytwarzanego... Jestem w martwym punkcie. Setny raz rzucając się na matę nie miałam już sił, aby wstać. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. „To koniec...” - pomyślałam. Księżniczka Sanhil zrobi ze mnie multi szaszłyk.

- Ale jesteś słaba.- westchnęła głęboko. - Faktycznie, bardziej niż mi się wydawało. W dodatku robisz dużo niepotrzebnych ruchów.

W jednej chwili odłamki spadły na ziemię. Wokół rozległ się dźwięk kruszonego lodu. Podparłam się łokciem na macie, czując się już zdecydowanie bezpiecznej.

- Przepraszam...

- Nie masz za co przepraszać. - powiedziała.

Przeskanowałam ją wzrokiem. Ciągle utrzymywała tą dumną, waleczną postawę. Jej delikatne rysy zdawały się przybierać rozgoryczoną minę. Zarzuciła na bok białe włosy związane w luźną kitkę. Cały czas byłam bardziej niż roztrzęsiona. Myślałam, że zginę.

- Zdradzisz mi jak to zrobiłaś?

Kiwnęła głową. Podniosła ponownie rękę do góry.

- Equien.

Gestem pokazała, abym zwróciła wzrok ku sufitowi. Nie wierzyłam własnym oczom. Powietrze znajdujące się nad nami zmieniało się szybko w grubą warstwę, twardo zbitego szronu. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Tafla utworzona nad nami pękła.

- Więc w taki sposób... - rzekłam czując się niczym Kolumb po odkryciu Ameryki.

Odsunęła się. Kawałeczki zleciały na ziemię, przy tym obijając się o mnie.

- Genialne. - wstrzymałam oddech na sekundę.

Serce biło mi jak oszalałe.

- Musisz bardziej docenić swoją zdolność. Nikt z naszej rasy takiej nie posiada. W Resvel również.

- W Resvel również...? Ale mówiłaś, że znasz paru ludzi z tym czymś...

Chrząknęła.

- Eriann! - zawołała. - Podejdziemy bliżej, włącz armetr.

Nie mam pojęcia jak ją usłyszał zza tej szyby, ale widocznie musiał to zrobić, gdyż postukał parę razy w klawiaturę na ogromnym pulpicie.

- Dla jasności – nie martw się o niego. Jest bezpieczny, gablota została wyprodukowana z diamentu. Tak łatwo jej się nie przebije.

Grafen? Diament? Nawet nie chciałam myśleć o funduszach, jakimi dysponowali.

- No dobrze, teraz ci coś dam. Używaj tego ostrożnie, dobrze?

Mimo swojego zdziwienia na wieść o „prezencie”, kiwnęłam głową. Rilianna wygrzebała małe zawiniątko ze swojej kieszeni. Zrobiła parę kroków tak, aby móc znaleźć się centralnie naprzeciw moich dłoni. Dotknęła ich i coś w nie wsadziła. Mimo woli poczułam jaką ma zimną skórę. Spojrzałam na to. Mały, satynowy woreczek związany wstążką. W środku coś się znajdowało.

- Otwórz. - powiedziała pół głosem.

Z lekkim przerażeniem, ale i podekscytowaniem pociągnęłam za róg kokardki, tym samym otwierając sakiewkę.

Moim oczom ukazał się pierścionek, którego obręcz była srebrna, a na samym czubku widniał średniej wielkości kryształ. Był masywny i ciemnofioletowy. W jego środku dało się ujrzeć dziwne, połyskujące „grudki”. Mimo swojego braku delikatności, został oszlifowany oraz wyrzeźbiony w kształt wieloramiennej gwiazdy. Ten symbol był wszechobecnym godłem Sanhil. Dokładniej rzecz ujmując nie była to tyle gwiazda, co dziewięć skrzyżowanych ze sobą strzał – jednak pierścionek do niego bardzo nawiązywał.

- Przepraszam... Nie wiem co powiedzieć. Czy to dla mnie? - wykrztusiłam.

- Tak. Nie podoba ci się?

Podskoczyłam.

- Nie, nie! Jest przecudny. Tylko ciągle nie rozumiem dlaczego mi to dajesz... Nie będę mogła za to zapłacić.

Dziewczyna roześmiała się.

- Po co chcesz za to płacić? To prezent z okazji twojego pobytu w naszym państwie oraz rekompensata za twoje porwanie.

Odetchnęłam z ulgą chyba po raz setny w ciągu ostatniej godziny.

- Dziękuję! Uwielbiam piękną biżuterię. - lekko naciągnęłam fakt.

- To nie jest zwykła biżuteria. - chrząknęła.- Kryształ znajdujący się na tym pierścionku jest specjalnym kamieniem regulującym poziom arkany w twojej krwi. Dzięki temu będziesz mogła pobierać więcej energii oraz nią lepiej manipulować. Coś w rodzaju łącznika.

Zaśmiałam się.

- Taki śliczny, malutki kamyczek może mi pomóc z magią? Przepraszam, jednak trudno mi w to uwierzyć. - wzruszyłam ramionami.

Rilianna wyciągnęła przed siebie dłoń.

- Też taki mam. - wskazała. Był prawie identyczny, gdyby nie to, iż obrączka została zrobiona ze złota. - Zaufaj mi. Musisz tylko nauczyć się komend z języka staroterrańskiego.

-...staroterrański? Istnieje taki w ogóle?

Uśmiechnęła się.

- Tak. Najprostsze to : equien, mestaria i rien. Co dosłownie znaczy wiatr, wodę i ziemię. W sensie, kiedy chcesz użyć chwilowego wzmocnienia musisz powiedzieć equien. Natomiast kiedy czujesz, że należałoby poszerzyć „czar” mówisz mestaria. Rien używa się tylko na nagłe przypadki, im głośniej to krzykniesz, tym bardziej zadziała. Otóż owa „ziemia” służy do nadania twojej umiejętności pewnego rodzaju umocowania, dzięki któremu nie da się go tak łatwo zdjąć. Naprawdę – nie wiem kto to wymyślał. Nie przejmuj się – ja też jak się tego uczyłam, to po prostu waliłam się książką w głowę.

Nie wiedziałam, czy powinnam zareagować śmiechem, czy zrobić współczującą minę. Jednak sposoby aktywacji arkany były nadzwyczaj interesujące.

- Więc wystarczy, że to przycisnę i powiem jedno z tych słów?

Pokręciła głową.

- Nie. Gdyby to było takie proste to każdy byłby w pełni mocy. Otóż wszystko wymaga treningu. Musisz poczuć tą energię. Może to dziwne, ale każda z tych komend posiada inny rodzaj arkany.

O matko.

- No dobrze, to jak to zrobić?

- Potrzebujesz poczuć to w klatce piersiowej. Musisz stać się jednością z tym zaklęciem. Wchłoń je. Nie daj się zdominować. Skup się, ale nie za bardzo. Przyzwyczaj się do tego, że nie zawsze będziesz miała możliwość używać swojej zdolności w idealnych, cichych warunkach. Działaj.

Wzruszyłam ramionami. No dobra.

Założyłam pierścień na palec i przykryłam go lewą dłonią.

- Equein.

Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Poczuwszy dziwne ciągnięcie na środku żeber, wypchnęłam je lekko do przodu. Dałam powietrzu w płucach wolną wolę. Może zabrzmi to jakbym była nienormalna, ale miałam wrażenie, że za wszelką cenę szukało dojścia do mojej krwi. Kiedy prawie udało mu się wyswobodzić, wzięłam kolejny oddech. Tym razem zatrzymałam dopływ tlenu. Z zamkniętymi oczami, bez zakłóceń wynikających z oddychania, mogłam się skupić tylko i wyłącznie na tańczącym wewnątrz mnie wietrze. Dosłownie – to co teraz działo się obok mojego serca, mogłam śmiało nazwać małą wichurą.

- Jeszcze raz. - rzekła stanowczo Rilianna.

Pewnie chodziło jej o wypowiedzenie komendy. Ścisnęłam pierścień.

- Equein.

Oczy wyszły mi na wierzch. Moje gardło ścisnął ogromny ból. Wrzasnęłam. Kolana ugięły się pode mną, nie wiedziałam co robić. Niczym blokada pod olbrzymim ciśnieniem, tchawica, płuca, szyja – to wszystko zaraz zdawało się pęknąć. Ku własnemu zdziwieniu moja klatka piersiowa zniknęła. Nie było jej widać. Uderzyła kolejna fala bólu. Krzyknęłam po raz drugi. Ta powaliła mnie na ziemię. Dlaczego nikt nic sobie z tego nie robi? Nie byłam zdolna oddychać. Każdy złapany łyk tlenu powodował jeszcze większe ciosy wewnątrz mnie. Spojrzałam na księżniczkę. Kącik jej ust lekko drgnął. Eriann ciągle siedział przed pulpitem z armetrem i się w niego gapił.

- Equein mestaria. - usłyszałam znajomy głos.

Ból łamał każdą możliwą barierę. Krzyczałam. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać. Zbliżał się do dolnego odcinka kręgosłupa, absolutnie nie opuszczając wcześniej zajętych przez niego terenów, czyli gardła i płuc. Myślałam, że moje kości pękają pod naciskiem wichury.

- Już mam. - głośno powiedział Eriann.

Rilianna podeszła do mnie. Obraz rozmazywał mi się przed oczami. Nie byłam pewna, ale miałam wrażenie, że dziewczyna naprzeciw mnie, ciągle powstrzymywała się od śmiechu. Pewnie miałam zwidy. Ból mnie nie oszczędzał, więc obojętne kto mi pomoże – byleby to zrobił.

- Już dobrze... - do ucha szepnął mi delikatny, kobiecy głos. Następnie ledwo słyszalnie dodał : - Equein mestaria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz