wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział I (cz.I)


~~~~~~~~~~~~~~~~~      


    Parę minut później, po przejściu niebywale bogatego w zakręty i schody korytarza, mężczyźni stanęli przed ogromnymi, białymi drzwiami(jakich zresztą minęliśmy z dwadzieścia). Nie wiem, czy to dlatego, że służba żywiła do mnie niechęć, czy to może przez groźbę jej wysokoś... Rilianny , ale nie odezwali się ani słowem. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy odgłos oddechu też kontrolują.

- Tutaj jest pani komnata. - rzekł wyższy z nich. - Proszę, o to klucz. - wręczył mi mały przedmiot owinięty w zamszową chusteczkę.- Życzymy miłych snów.

Przytaknęłam.

- Nawzajem...

Włożyłam klucz do zamka i go przekręciłam. Popchnęłam drzwi. Moim oczom ukazało się wielkie pomieszczenie, z dwuosobowym łożem, balkonem, jasnofioletową wykładziną, dużą garderobą i tylko góra wie co tam jeszcze się znajdowało. Westchnęłam i rzuciłam się na łóżko. Odruchowo przyciągnęłam do siebie poduszkę. Co tu do licha się dzieje? - to pytanie ciągle przewijało się w moich myślach. Oszałamiająca cisza była niczym duszące powietrze. Miałam ogromną ochotę z kimś porozmawiać... Zgarnęli mnie tak po prostu. Bez telefonu, plecaka, czy chociażby dokumentów.

Było to dosyć niedawno, zaledwie parę godzin temu. Szłam jak zwykle – na zajęcia aktorskie do centrum kultury. Powtarzałam scenariusz do nowej sztuki. Przez całą drogę od mojego domu, aż do budynki w którym organizowany był amatorski teatr, czułam, że ktoś mnie śledzi. Z całej siły próbowałam pozbyć się tego nieprzyjemnego wrażenia. Mimo tego, odruchowo omijałam niezaludnione ścieżki, a szłam tymi, w których spacerowały dzieci, rodzice, albo właściciele psów. Trwało to przez to nieco dłużej niż zwykle, ale poczucie bezpieczeństwa wydawało mi się wtedy najistotniejszą sprawą. Skręciwszy w stronę nieuniknionej drogi przez most(na moje nieszczęście rzadko nawiedzanej przez społeczeństwo), ogarnęła mnie panika. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie zobaczyłam. To absurd, nawet jeżeli ktoś by mnie śledził, nie mógłby się schować, gdyż most nie ma ani lamp, ani jakichkolwiek większych obiektów do ukrycia. - pomyślałam.

Zrezygnowana ruszyłam dalej. Szukałam miejsca, w którym mogłabym się zakamuflować. Byłoby co najmniej dziwnym, gdybym tak po prostu „zniknęła”. Przyśpieszyłam jeszcze bardziej. Miałam tego dosyć i pragnęłam się znaleźć już w ośrodku. Uczucie narastało. Teraz niemalże biegłam.

Most zdawał się nie mieć końca. Moja panika była bezpodstawna, co jeszcze bardziej ją potęgowało. Goniło mnie coś, co pewnie nawet nie istniało. Jednak to nakręcało moją wyobraźnię.

W pewnym momencie szaleńczej ucieczki przed „niczym” ktoś złapał mnie za kostkę.

Wstrzymałam oddech. Wywróciłam się. Niewidzialna dłoń zasłoniła mi usta, lekko przydusiła i walnęła o balustradę. Krzyknęłam. Na pięknym krajobrazie zachodzącego słońca zaczęły malować się czarne garniaki oraz ich właściciele.

- Nie stawiaj sprzeciwu, na rzecz jej królewskiej mości, Rillianny Veronici Sophie Nightway – księżniczki państwa Sanhil.

Miałam ochotę skoczyć. Jedynym co mnie zatrzymywało to wysokość, na jakiej się znajdowałam.

W mgnieniu oka mnie pochwycili. Byli bardzo doświadczeni – mogłam to wywnioskować z ich ruchów. Nie miałam się co stawiać, i tak nie dorównałabym im siłą.

Takim oto sposobem teraz leżę sobie na łóżku w komnacie zamku królowej wrogiego państwa.

Po prostu super.








Usłyszałam pukanie do drzwi. Odruchowo chciałam mruknąć „baaaabciuuu, jeszcze minutka nooo”, ale na szczęście coś mnie od tego powstrzymało. Przetarłam leniwie oczy, będąc pewna, że obudzę się w swoim pokoju. Ujrzawszy przepiękny salonik naprzeciw mnie, przypomniałam sobie całą sytuację.

- Służba, przynieśliśmy czyste ubrania. - powiedział ktoś na korytarzu.

Szybko przeczesałam włosy ręką i podbiegłam do wejścia. Nacisnęłam klamkę.

- Przepraszam za zbudzenie. - rzekła drobna Sanhilka. - Oto pani szaty. - podała mi stertę ubrań. - Życzę miłego pobytu. - dygnęła.

- Dziękuję...

Zamknęłam drzwi i od razu zerknęłam w lustro. Zapomniałam się zakamuflować... Zza włosów wystawały lekko spiczaste uszy, a po bokach skroni wystawały kości. Zawsze dziwił mnie ten aspekt, bo tylko ta część mojego ciała nie była pokryta skórą i mięśniami, po prostu znajdowała się tam naprawdę gruba i solidna kość. Każdy Resveln tak miał. Pewnie w przeszłości to do czegoś służyło, albo po prostu ułatwiało przepływ arkany. Nie znam się, ale wiem, że nawet taki zabieg mi nie pomoże. Po prostu sierota jestem, jeżeli chodzi o magię i tyle.

Poszłam do toalety się przebrać. Spałam we własnych ciuchach, nawet skarpet nie zdjęłam. Przejrzałam ubrania od Rilianny. Były zbyt eleganckie i wyglądały na strasznie drogie. Spojrzałam na markę jednej bluzki. Gdybym nie wstrzymała oddechu, to pewnie bym krzyknęła. Ja rozumiem, że to królewska mość i te sprawy, ale no... Żeby takie drogocenne przedmioty dawać gościom do noszenia? A jeśli się spocę?! Pokręciłam głową. Trzeba wybrać coś za co w razie czego będę mogła zapłacić (w razie nieprzewidzianych wypadków, typu rozlana kawa). Po kilku minutach zdałam sobie sprawę, iż jest to najzwyczajniej w świecie daremne, gdyż wszystkie dostarczone mi ubrania posiadały mniej więcej taką samą wartość. Westchnęłam ponownie. Dobra, oficjalnie wybór padł na długą tunikę w kolorze ciemnoniebieskim i granatowe baleriny. Upięłam włosy w kok. Teraz liczyły się dwie rzeczy : pamiętaj o kamuflażu, czekaj na info od tej całej królewny.

- Tak bardzo się starasz być elegancka?

Czyiś głos rozbrzmiał za moimi plecami. Przeszedł mnie zimny dreszcz.

- W-wasza wysokość! - krzyknęłam.

Rzuciła się na mnie i przymknęła mi jadaczkę dłonią. Jej uścisk był chłodny niczym prawdziwy lód.

- Szz... Ktoś może nas usłyszeć. - odchyliła głowę. - Mówiłam ci już, jestem Rilianna.

Przytaknęłam na znak zrozumienia.

- Jak się tu znalazłaś? - zapytałam.

Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie. Jak małe dzwoneczki obijające się o siebie nawzajem.

- Naprawdę dużo nie wiesz. I takich pytań nie zadaje się w gościach, moja droga. Chodź, usiądziemy, porozmawiamy.

Zgodziłam się, jednak z trudem przełknęłam fragment o „przebywaniu w gościach”. Nigdy na własne życzenie bym nie postawiła stopy w tym zakłamanym państwie.

Razem klapnęłyśmy na sofę obok łóżka. Tj. ja klapnęłam, a ona usiadła tak, jakby była to puchowa chmurka. Irytowała mnie bardziej niż ustawa przewidziała.

- Posłuchaj mnie, Iris. Bardzo prawdopodobne, że niedługo wszystko w twoim życiu będzie odwrócone do góry nogami. Postaramy się, aby nikt z twojej rodziny nie ucierpiał. Cokolwiek się stanie, proszę podążaj za moimi wskazówkami. - głos księżniczki był łagodny, widać, iż chciała mnie uspokoić na zaś. - Nie martw się! Nic złego ci się nie stanie. Niedługo poznam prawdę na temat pewnej ważnej sprawy. Zależnie od jej wyniku zostaniesz tu na dłużej, bądź nie.

Moje oczy prawie wyszły na wierzch. A co ja jestem, stara komoda, aby przenosić ją tu i tam?

- Czy mam duży związek z tą sprawą?

Rilianna kiwnęła głową.

- O ludzie...

- Bez obaw. - uśmiechnęła się. - Jak już wspomniałam, żadna krzywda nie dotknie ciebie, ani twoich bliskich.

Coś trudno mi w to uwierzyć... Kobieta miała już jaśniejsze spojrzenie, niż wczorajszego wieczora. Jej oczy nie były zamglone, a twarz złagodniała. Nie mogłam z niej wyczytać nic konkretnego. Jednak zżerała mnie ciekawość odnośnie niedawnych wydarzeń.

- Przepraszam, ale mam parę pytań.

- Jeżeli będę w stanie, to odpowiem.

- Jakim cudem agenci zdołali mnie złapać? Byłam totalnie zlana z otoczeniem. Nie mogli mnie zobaczyć. Zwłaszcza będąc Sanhilanami.

Księżniczce zadrżał lekko kącik ust. Czyżby ogarniał ją stres?

- Oni nie byli Sanhilanami. Nie byli też Resvelnami. W pewnym sensie, łatwiej powiedzieć, że są hybrydami. To ludzie, którzy według czystej teorii nie powinni istnieć, albo jak już to urodzić się z poważnymi wadami genetycznymi. Jeżeli jednak przeżyją, przygarniamy ich. Według ustawy wprowadzonej kilkaset lat temu, takie „stworzenia” nie mają prawa przebywać na terenie Resvel. Wobec tego, jeśli się uda, Sanhil ich przygarnia.

- Jeśli się uda...?

Dziewczyna kiwnęła głową.

- Resvel przyjmuje zasadę, że hybrydy takie jak oni zaburzają porządek i równowagę. W pewnym sensie mają trochę racji, ale używanie okropnie drastycznych środków jest wręcz niehumanitarne.

Drastycznych środków? Co to znaczy? Zerknęłam w głąb oczu Rilianny. Widać, że nie ma ochoty drążyć tego tematu. Wbijała wzrok w pierwszy lepszy przedmiot.

- Odnośnie twojego wcześniejszego pytania, jak się tutaj znalazłam, to może kiedyś ci wyjaśnię. - zabrzmiała tajemniczo, tym samym zmieniając temat.- Przyjdę po ciebie za dziesięć minut na śniadanie. Zjesz ze mną w jadalni. Nie ma sensu trzymać cię cały dzień pod kluczem w pokoju. Potem dam ci plan na ten dzień.

Plan”...? Dobra, bez znaczenia pytać.

Pożegnałyśmy się ze sztucznymi uśmiechami i obie wróciłyśmy do swojego trybu życia. To znaczy, mojego wywróconego, a jej normalnego. Głęboko westchnęłam. Za dużo zagadek jak na jeden raz. Nawet nie próbuję stąd uciekać, złapaliby mnie od razu. Zresztą kiszki mi marsza grały, więc jakbym zechciała zwiać to tylko i wyłącznie po śniadaniu. Na samą myśl o królewskich potrawach mój żołądek odgrywał „Odę do Radości” . Fakt... Wczoraj nic nie jadłam od momentu porwania. Dzięki mojemu szczęściu, wcześniej razem z babcią na obiad zrobiłyśmy masę kalorycznych klusek, ale energia z pokarmu nie może być wykorzystywana wiecznie. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy bardzo nie chciałam spalić tego co zjadłam. Ale chyba ostatni.

Zamyśliłam się. Te całe „hybrydy”, które mnie porwały... Nie wyczułam ich obecności. Gdyby faktycznie byli Sanhilanami z krwi i kości mogłabym zlokalizować tą aurę. Oni zawsze pachną mocnym słońcem, mimo tego, że zazwyczaj są zimni jak lód. Bladzi, z jasnymi blond włosami, bądź całkowicie białymi. Niebieskie oczy i długie spiczaste uszy. W pewnym sensie byli podobni do nas. Nic w tym dziwnego – mamy wspólnych przodków. W trakcie naszej ewolucji oni osiedlili się na mroźnych, biegunowych terenach, a my preferowaliśmy podziemny tryb życia. Dzięki zdolnościom jakie posiadali pradawni Resvelnie bez problemu budowli schronienia pod głazami. Natomiast górny ląd zajmowany był przez trzecią, zupełnie odmienną formę życia – Terran. Stworzenia zżyte z naturą do dzisiejszych czasów tak mocno, że nie potrafią bez niej funkcjonować. Do życia wystarczy im woda, fotosynteza i cukier(bądź fruktoza). Ich skóra przybiera kolor lekko zielony, albo oliwkowy. Są jedynym narodem, który nie mieszał się w żaden konflikt. Jedyne czego pragnęli to spokój i autonomia. Nie musieli być bogaci, czy mieć władzę. Po prostu potrzebowali własnego, cichego kąta. W dawnych czasach często padali ofiarą naszą i Sanhilanów, ale nigdy nie ruszyli na pomoc porwanym jeńcom, ani nie domagali się zemsty. Jedyne co robili, to obrona. Po wielu tysiącach lat obie strony zorientowały się, że to po prostu nie ma sensu, i faktycznie – dali im żyć po swojemu.

To, co czyni nas wyjątkowym to możliwość korzystania z obiegu, zwanego potocznie energią, bądź magią. Nasze organizmy zostały stworzone ze zdolnością pobierania mocy od tego źródła. Nasze żyły oraz cały układ krwionośny odpowiada za przesył tej energii. Dzięki temu ukryte umiejętności drzemiące w danym gatunku mogły się rozwinąć do maksymalnej pozycji podstawowej. Na przykład, Sanhilanie, zwani „żartobliwie” przez nas „zimnymi ludźmi”(bałwani, sopelki, dziadki mrozy, czy też [cenzura]), potrafią idealnie namierzyć każdą ofiarę. Ich zmysły są wyostrzone do tego stopnia, że zbliżające się ciepło celu, odczują w promieniu dwudziestu metrów. Nie każdy ma tą samą zdolność. Jeden zimny może genialnie widzieć przez ciała stałe, skupiając się na cieple swojego celu. Bez problemu przejrzałby kogoś przez grubą, marmurową ścianę. Natomiast jego kolega będzie posiadać inne zdolności podstawowe, które jednak pochodzą z tej samej „kategorii”. Może zatrzymać cząstki danego obiektu, tym samym go unieruchamiając. Wszystkie te moce wzięły się od cech, które nabyliśmy w drodze do ewolucji. Sanhilanie musieli zmierzyć się z chłodem, zimnym morzem, w którym pływały ogromne, albo maleńkie ryby. Nauczyli się przez to polować, a co do czego przyszło, potrafili spowodować paraliż ofiary podczas ucieczki na odległość. Kiedy przychodziła noc polarna nauczyli się rozpoznawać ruchy organizmów za pomocą ich ciepła. Nie mieli dostępu do ognia, więc musieli sobie jakoś radzić. Właśnie na tym przykładzie funkcjonują pozostałe dwie grupy, Resvelanie i Terranie. Podczas naszego długiego pobytu w podziemnych grotach zdobyliśmy umiejętność rozpalania ognia za pomocą siły woli. Jest to najbardziej powszechna moc. Inną może być rozgrzewanie do czerwoności ciał stałych, albo noktowizja. Zdecydowanie byliśmy o wiele bardziej ubożsi w super cechy od reszty, ale za to nasze ciała były dostosowane do trudnych warunków(kogo były, tego były, ja pół życia spędzam w szpitalu – Iris made in China kurde). Natomiast najrzadsza zdolność u Terran to zmiennokształtność. Na jej temat chodzą wręcz legendy, czy jest prawdziwa.

W duchu pomyślałam, że nie dość, iż jestem geniuszem z biologii to jeszcze z historią nie idzie mi źle.

Spojrzałam na zegar. To mam jeszcze chwilę, aby się bardziej ogarnąć i umyć zęby. Powinni mieć tutaj jakieś jednorazowe szczoteczki. Zerknęłam na długie lustro, w którym mogłam zobaczyć siebie samą. W tej tunice wyglądałam ciut jak nie ja... Byłam wysoka więc w tym ciuchu sprawiałam wrażenie chudziny. Miałam ciemne niebieskie oczy i bladą cerę(nie tak bladą jak Rilka, ale zawsze coś). Moje ciemno brązowe włosy były idealnie proste, co mnie często denerwowało. Nie nadawały się do jakichkolwiek fryzur oprócz koka. Jak druty, albo nitki. Przy warkoczu same się rozplątywały, przy lokach od razu prostowały, przy karbowaniu taka sama sytuacja. Więc szału nie ma. Sięgały mi do połowy pleców, ale to tylko dlatego, że za żadne skarby nie daję ich sobie obcinać. Raz babcia je podcięła do żuchwy, byłam wtedy w czwartej klasie podstawówki. Od razu pożałowałam, w ogóle nie chciały rosnąć. Przez osiem lat wzięłam się za nie ostro – uwielbiałam długie, zadbane i zdrowe włosy. W duchu zaklinałam moje „proste” geny i działałam przeciw przeznaczeniu kupując masę środków wspomagających ich wzrost, mnóstwo odżywek oraz maseczek. Wzdrygam się na samą myśl o podcięciu końcówek, ale zazwyczaj jest to po prostu konieczność, jeśli nie chcę wyglądać jak trawiasty mop. W sumie to moja fryzura pasuje do kształtu pociągłej, owalnej twarzy. Mam małe czoło, ale nie zwykłam nosić grzywki. Odgarniam włosy na bok. 

Rozległo się pukanie.

Jadalnia była ogromna. Niczym aula przygotowana na wystawny bankiet. W pewnym momencie zwątpiłam, czy może sala jest przygotowana faktycznie na jakieś przyjęcie, ale zobaczywszy jedynie dwa talerze na ogromnym stole, zrezygnowałam z tej myśli.

Obie podziękowałyśmy za posiłek i zaczęłyśmy pałaszować. Śniadanko niczym ekstra szczególnym(jak sobie wyobrażałam :„o ludzie, królewskie jedzenie, indyk w kapuście na dobry początek dnia! Zaraz... Indyk w kapuście?”), chleb, masło,dżem, nutella, ser, szynka, pomidory, ogórki, herbata, kawa... Niczym zwykły stół szwedzki w hotelu.

- Poprosiłam o coś najlżejszego, bez specjalnych, okolicznych rarytasów, których być może twój nieco odmienny żołądek, by nie zaakceptował.

Kiwnęłam głową. Miała stuprocentową rację.

- Zjedz dużo, dzisiaj będziesz miała ciężki dzień. Zaraz po śniadaniu pójdziemy na badania, a potem na salkę treningową. Dzisiaj zarezerwowałam czas tylko dla ciebie. - uśmiechnęła się ciepło.

Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz.

- B-badania? Przepraszam, ale...

- Spokojnie! - machnęła ręką. - Nic się nie stanie, Iris Rail.

Usłyszawszy swoje imię i nazwisko coś mnie drgnęło.

- Jak moja babcia oraz wujek przyjęli do wiadomości informację o moim... „Wyjeździe”?

- Obyło się bez problemów. Dzisiaj po południu będziesz mogła do nich zadzwonić.

Odetchnęłam z ulgą.

Reszta wspólnego posiłku odbyła się w martwej ciszy. Rilianna wyglądała na wyluzowaną, co bardzo mnie niepokoiło. Kiedy kierowałam wzrok ku niej, od razu się uśmiechała. Peszyła mnie tym. Skoro wspomniała coś o badaniach, to może porwanie ma związek z moją chorobą?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz