~~~~~~~~~~~~~~~~~
Parę
minut później, po przejściu niebywale bogatego w zakręty i schody
korytarza, mężczyźni stanęli przed ogromnymi, białymi
drzwiami(jakich zresztą minęliśmy z dwadzieścia). Nie wiem, czy
to dlatego, że służba żywiła do mnie niechęć, czy to może
przez groźbę jej wysokoś... Rilianny , ale nie odezwali się ani
słowem. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy odgłos
oddechu też kontrolują.
-
Tutaj jest pani komnata. - rzekł wyższy z nich. - Proszę, o to
klucz. - wręczył mi mały przedmiot owinięty w zamszową
chusteczkę.- Życzymy miłych snów.
Przytaknęłam.
-
Nawzajem...
Włożyłam
klucz do zamka i go przekręciłam. Popchnęłam drzwi. Moim oczom
ukazało się wielkie pomieszczenie, z dwuosobowym łożem, balkonem,
jasnofioletową wykładziną, dużą garderobą i tylko góra wie co
tam jeszcze się znajdowało. Westchnęłam i rzuciłam się na
łóżko. Odruchowo przyciągnęłam do siebie poduszkę. Co tu do
licha się dzieje? - to pytanie ciągle przewijało się w moich
myślach. Oszałamiająca cisza była niczym duszące powietrze.
Miałam ogromną ochotę z kimś porozmawiać... Zgarnęli mnie tak
po prostu. Bez telefonu, plecaka, czy chociażby dokumentów.
Było
to dosyć niedawno, zaledwie parę godzin temu. Szłam jak zwykle –
na zajęcia aktorskie do centrum kultury. Powtarzałam scenariusz do
nowej sztuki. Przez całą drogę od mojego domu, aż do budynki w
którym organizowany był amatorski teatr, czułam, że ktoś mnie
śledzi. Z całej siły próbowałam pozbyć się tego nieprzyjemnego
wrażenia. Mimo tego, odruchowo omijałam niezaludnione ścieżki, a
szłam tymi, w których spacerowały dzieci, rodzice, albo
właściciele psów. Trwało to przez to nieco dłużej niż zwykle,
ale poczucie bezpieczeństwa wydawało mi się wtedy najistotniejszą
sprawą. Skręciwszy w stronę nieuniknionej drogi przez most(na moje
nieszczęście rzadko nawiedzanej przez społeczeństwo), ogarnęła
mnie panika. Obejrzałam się za siebie. Nikogo nie zobaczyłam. To
absurd, nawet jeżeli ktoś by mnie śledził, nie mógłby się
schować, gdyż most nie ma ani lamp, ani jakichkolwiek większych
obiektów do ukrycia. -
pomyślałam.
Zrezygnowana
ruszyłam dalej. Szukałam miejsca, w którym mogłabym się
zakamuflować. Byłoby co najmniej dziwnym, gdybym tak po prostu
„zniknęła”. Przyśpieszyłam jeszcze bardziej. Miałam tego
dosyć i pragnęłam się znaleźć już w ośrodku. Uczucie
narastało. Teraz niemalże biegłam.
Most
zdawał się nie mieć końca. Moja panika była bezpodstawna, co
jeszcze bardziej ją potęgowało. Goniło mnie coś, co pewnie nawet
nie istniało. Jednak to nakręcało moją wyobraźnię.
W
pewnym momencie szaleńczej ucieczki przed „niczym” ktoś złapał
mnie za kostkę.
Wstrzymałam
oddech. Wywróciłam się. Niewidzialna dłoń zasłoniła mi usta,
lekko przydusiła i walnęła o balustradę. Krzyknęłam. Na pięknym
krajobrazie zachodzącego słońca zaczęły malować się czarne
garniaki oraz ich właściciele.
-
Nie stawiaj sprzeciwu, na rzecz jej królewskiej mości, Rillianny
Veronici Sophie Nightway – księżniczki państwa Sanhil.
Miałam
ochotę skoczyć. Jedynym co mnie zatrzymywało to wysokość, na
jakiej się znajdowałam.
W
mgnieniu oka mnie pochwycili. Byli bardzo doświadczeni – mogłam
to wywnioskować z ich ruchów. Nie miałam się co stawiać, i tak
nie dorównałabym im siłą.
Takim
oto sposobem teraz leżę sobie na łóżku w komnacie zamku królowej
wrogiego państwa.
Po
prostu super.
Usłyszałam
pukanie do drzwi. Odruchowo chciałam mruknąć „baaaabciuuu,
jeszcze minutka nooo”, ale na szczęście coś mnie od tego
powstrzymało. Przetarłam leniwie oczy, będąc pewna, że obudzę
się w swoim pokoju. Ujrzawszy przepiękny salonik naprzeciw mnie,
przypomniałam sobie całą sytuację.
-
Służba, przynieśliśmy czyste ubrania. - powiedział ktoś na
korytarzu.
Szybko
przeczesałam włosy ręką i podbiegłam do wejścia. Nacisnęłam
klamkę.
-
Przepraszam za zbudzenie. - rzekła drobna Sanhilka. - Oto pani
szaty. - podała mi stertę ubrań. - Życzę miłego pobytu. -
dygnęła.
-
Dziękuję...
Zamknęłam
drzwi i od razu zerknęłam w lustro. Zapomniałam się
zakamuflować... Zza włosów wystawały lekko spiczaste uszy, a po
bokach skroni wystawały kości. Zawsze dziwił mnie ten aspekt, bo
tylko ta część mojego ciała nie była pokryta skórą i
mięśniami, po prostu znajdowała się tam naprawdę gruba i solidna
kość. Każdy Resveln tak miał. Pewnie w przeszłości to do czegoś
służyło, albo po prostu ułatwiało przepływ arkany. Nie znam
się, ale wiem, że nawet taki zabieg mi nie pomoże. Po prostu
sierota jestem, jeżeli chodzi o magię i tyle.
Poszłam
do toalety się przebrać. Spałam we własnych ciuchach, nawet
skarpet nie zdjęłam. Przejrzałam ubrania od Rilianny. Były zbyt
eleganckie i wyglądały na strasznie drogie. Spojrzałam na markę
jednej bluzki. Gdybym nie wstrzymała oddechu, to pewnie bym
krzyknęła. Ja rozumiem, że to królewska mość i te sprawy, ale
no... Żeby takie drogocenne przedmioty dawać gościom do noszenia?
A jeśli się spocę?! Pokręciłam głową. Trzeba wybrać coś za
co w razie czego będę mogła zapłacić (w razie nieprzewidzianych
wypadków, typu rozlana kawa). Po kilku minutach zdałam sobie
sprawę, iż jest to najzwyczajniej w świecie daremne, gdyż
wszystkie dostarczone mi ubrania posiadały mniej więcej taką samą
wartość. Westchnęłam ponownie. Dobra, oficjalnie wybór padł na
długą tunikę w kolorze ciemnoniebieskim i granatowe baleriny.
Upięłam włosy w kok. Teraz liczyły się dwie rzeczy : pamiętaj o
kamuflażu, czekaj na info od tej całej królewny.
-
Tak bardzo się starasz być elegancka?
Czyiś
głos rozbrzmiał za moimi plecami. Przeszedł mnie zimny dreszcz.
-
W-wasza wysokość! - krzyknęłam.
Rzuciła
się na mnie i przymknęła mi jadaczkę dłonią. Jej uścisk był
chłodny niczym prawdziwy lód.
-
Szz... Ktoś może nas usłyszeć. - odchyliła głowę. - Mówiłam
ci już, jestem Rilianna.
Przytaknęłam
na znak zrozumienia.
-
Jak się tu znalazłaś? - zapytałam.
Dziewczyna
zaśmiała się dźwięcznie. Jak małe dzwoneczki obijające się o
siebie nawzajem.
-
Naprawdę dużo nie wiesz. I takich pytań nie zadaje się w
gościach, moja droga. Chodź, usiądziemy, porozmawiamy.
Zgodziłam
się, jednak z trudem przełknęłam fragment o „przebywaniu w
gościach”. Nigdy na własne życzenie bym nie postawiła stopy w
tym zakłamanym państwie.
Razem
klapnęłyśmy na sofę obok łóżka. Tj. ja klapnęłam, a ona
usiadła tak, jakby była to puchowa chmurka. Irytowała mnie
bardziej niż ustawa przewidziała.
-
Posłuchaj mnie, Iris. Bardzo prawdopodobne, że niedługo wszystko w
twoim życiu będzie odwrócone do góry nogami. Postaramy się, aby
nikt z twojej rodziny nie ucierpiał. Cokolwiek się stanie, proszę
podążaj za moimi wskazówkami. - głos księżniczki był łagodny,
widać, iż chciała mnie uspokoić na zaś. - Nie martw się! Nic
złego ci się nie stanie. Niedługo poznam prawdę na temat pewnej
ważnej sprawy. Zależnie od jej wyniku zostaniesz tu na dłużej,
bądź nie.
Moje
oczy prawie wyszły na wierzch. A co ja jestem, stara komoda, aby
przenosić ją tu i tam?
-
Czy mam duży związek z tą sprawą?
Rilianna
kiwnęła głową.
-
O ludzie...
-
Bez obaw. - uśmiechnęła się. - Jak już wspomniałam, żadna
krzywda nie dotknie ciebie, ani twoich bliskich.
Coś
trudno mi w to uwierzyć... Kobieta miała już jaśniejsze
spojrzenie, niż wczorajszego wieczora. Jej oczy nie były zamglone,
a twarz złagodniała. Nie mogłam z niej wyczytać nic konkretnego.
Jednak zżerała mnie ciekawość odnośnie niedawnych wydarzeń.
-
Przepraszam, ale mam parę pytań.
-
Jeżeli będę w stanie, to odpowiem.
-
Jakim cudem agenci zdołali mnie złapać? Byłam totalnie zlana z
otoczeniem. Nie mogli mnie zobaczyć. Zwłaszcza będąc Sanhilanami.
Księżniczce
zadrżał lekko kącik ust. Czyżby ogarniał ją stres?
-
Oni nie byli Sanhilanami. Nie byli też Resvelnami. W pewnym sensie,
łatwiej powiedzieć, że są hybrydami. To ludzie, którzy według
czystej teorii nie powinni istnieć, albo jak już to urodzić się z
poważnymi wadami genetycznymi. Jeżeli jednak przeżyją,
przygarniamy ich. Według ustawy wprowadzonej kilkaset lat temu,
takie „stworzenia” nie mają prawa przebywać na terenie Resvel.
Wobec tego, jeśli się uda, Sanhil ich przygarnia.
-
Jeśli się uda...?
Dziewczyna
kiwnęła głową.
-
Resvel przyjmuje zasadę, że hybrydy takie jak oni zaburzają
porządek i równowagę. W pewnym sensie mają trochę racji, ale
używanie okropnie drastycznych środków jest wręcz niehumanitarne.
Drastycznych
środków? Co to znaczy? Zerknęłam w głąb oczu Rilianny. Widać,
że nie ma ochoty drążyć tego tematu. Wbijała wzrok w pierwszy
lepszy przedmiot.
-
Odnośnie twojego wcześniejszego pytania, jak się tutaj znalazłam,
to może kiedyś ci wyjaśnię. - zabrzmiała tajemniczo, tym samym
zmieniając temat.- Przyjdę po ciebie za dziesięć minut na
śniadanie. Zjesz ze mną w jadalni. Nie ma sensu trzymać cię cały
dzień pod kluczem w pokoju. Potem dam ci plan na ten dzień.
„Plan”...?
Dobra, bez znaczenia pytać.
Pożegnałyśmy
się ze sztucznymi uśmiechami i obie wróciłyśmy do swojego trybu
życia. To znaczy, mojego wywróconego, a jej normalnego. Głęboko
westchnęłam. Za dużo zagadek jak na jeden raz. Nawet nie próbuję
stąd uciekać, złapaliby mnie od razu. Zresztą kiszki mi marsza
grały, więc jakbym zechciała zwiać to tylko i wyłącznie po
śniadaniu. Na samą myśl o królewskich potrawach mój żołądek
odgrywał „Odę do Radości” . Fakt... Wczoraj nic nie jadłam od
momentu porwania. Dzięki mojemu szczęściu, wcześniej razem z
babcią na obiad zrobiłyśmy masę kalorycznych klusek, ale energia
z pokarmu nie może być wykorzystywana wiecznie. To był pierwszy
raz w moim życiu, kiedy bardzo nie chciałam spalić tego co
zjadłam. Ale chyba ostatni.
Zamyśliłam
się. Te całe „hybrydy”, które mnie porwały... Nie wyczułam
ich obecności. Gdyby faktycznie byli Sanhilanami z krwi i kości
mogłabym zlokalizować tą aurę. Oni zawsze pachną mocnym słońcem,
mimo tego, że zazwyczaj są zimni jak lód. Bladzi, z jasnymi blond
włosami, bądź całkowicie białymi. Niebieskie oczy i długie
spiczaste uszy. W pewnym sensie byli podobni do nas. Nic w tym
dziwnego – mamy wspólnych przodków. W trakcie naszej ewolucji oni
osiedlili się na mroźnych, biegunowych terenach, a my
preferowaliśmy podziemny tryb życia. Dzięki zdolnościom jakie
posiadali pradawni Resvelnie bez problemu budowli schronienia pod
głazami. Natomiast górny ląd zajmowany był przez trzecią,
zupełnie odmienną formę życia – Terran. Stworzenia zżyte z
naturą do dzisiejszych czasów tak mocno, że nie potrafią bez niej
funkcjonować. Do życia wystarczy im woda, fotosynteza i cukier(bądź
fruktoza). Ich skóra przybiera kolor lekko zielony, albo oliwkowy.
Są jedynym narodem, który nie mieszał się w żaden konflikt.
Jedyne czego pragnęli to spokój i autonomia. Nie musieli być
bogaci, czy mieć władzę. Po prostu potrzebowali własnego, cichego
kąta. W dawnych czasach często padali ofiarą naszą i Sanhilanów,
ale nigdy nie ruszyli na pomoc porwanym jeńcom, ani nie domagali się
zemsty. Jedyne co robili, to obrona. Po wielu tysiącach lat obie
strony zorientowały się, że to po prostu nie ma sensu, i
faktycznie – dali im żyć po swojemu.
To,
co czyni nas wyjątkowym to możliwość korzystania z obiegu,
zwanego potocznie energią, bądź magią. Nasze organizmy zostały
stworzone ze zdolnością pobierania mocy od tego źródła. Nasze
żyły oraz cały układ krwionośny odpowiada za przesył tej
energii. Dzięki temu ukryte umiejętności drzemiące w danym
gatunku mogły się rozwinąć do maksymalnej pozycji podstawowej. Na
przykład, Sanhilanie, zwani „żartobliwie” przez nas „zimnymi
ludźmi”(bałwani, sopelki, dziadki mrozy, czy też [cenzura]),
potrafią idealnie namierzyć każdą ofiarę. Ich zmysły są
wyostrzone do tego stopnia, że zbliżające się ciepło celu,
odczują w promieniu dwudziestu metrów. Nie każdy ma tą samą
zdolność. Jeden zimny może genialnie widzieć przez ciała stałe,
skupiając się na cieple swojego celu. Bez problemu przejrzałby
kogoś przez grubą, marmurową ścianę. Natomiast jego kolega
będzie posiadać inne zdolności podstawowe, które jednak pochodzą
z tej samej „kategorii”. Może zatrzymać cząstki danego
obiektu, tym samym go unieruchamiając. Wszystkie te moce wzięły
się od cech, które nabyliśmy w drodze do ewolucji. Sanhilanie
musieli zmierzyć się z chłodem, zimnym morzem, w którym pływały
ogromne, albo maleńkie ryby. Nauczyli się przez to polować, a co
do czego przyszło, potrafili spowodować paraliż ofiary podczas
ucieczki na odległość. Kiedy przychodziła noc polarna nauczyli
się rozpoznawać ruchy organizmów za pomocą ich ciepła. Nie mieli
dostępu do ognia, więc musieli sobie jakoś radzić. Właśnie na
tym przykładzie funkcjonują pozostałe dwie grupy, Resvelanie i
Terranie. Podczas naszego długiego pobytu w podziemnych grotach
zdobyliśmy umiejętność rozpalania ognia za pomocą siły woli.
Jest to najbardziej powszechna moc. Inną może być rozgrzewanie do
czerwoności ciał stałych, albo noktowizja. Zdecydowanie byliśmy o
wiele bardziej ubożsi w super cechy od reszty, ale za to nasze ciała
były dostosowane do trudnych warunków(kogo były, tego były, ja
pół życia spędzam w szpitalu – Iris made in China kurde).
Natomiast najrzadsza zdolność u Terran to zmiennokształtność. Na
jej temat chodzą wręcz legendy, czy jest prawdziwa.
W
duchu pomyślałam, że nie dość, iż jestem geniuszem z biologii
to jeszcze z historią nie idzie mi źle.
Spojrzałam
na zegar. To mam jeszcze chwilę, aby się bardziej ogarnąć i umyć
zęby. Powinni mieć tutaj jakieś jednorazowe szczoteczki. Zerknęłam
na długie lustro, w którym mogłam zobaczyć siebie samą. W tej
tunice wyglądałam ciut jak nie ja... Byłam wysoka więc
w tym ciuchu sprawiałam wrażenie chudziny. Miałam ciemne niebieskie oczy i
bladą cerę(nie tak bladą jak Rilka, ale zawsze coś). Moje ciemno brązowe włosy były idealnie proste, co
mnie często denerwowało. Nie nadawały się do jakichkolwiek fryzur
oprócz koka. Jak druty, albo nitki. Przy warkoczu same się
rozplątywały, przy lokach od razu prostowały, przy karbowaniu taka
sama sytuacja. Więc szału nie ma. Sięgały mi do połowy pleców,
ale to tylko dlatego, że za żadne skarby nie daję ich sobie
obcinać. Raz babcia je podcięła do żuchwy, byłam wtedy w
czwartej klasie podstawówki. Od razu pożałowałam, w ogóle nie
chciały rosnąć. Przez osiem lat wzięłam się za nie ostro –
uwielbiałam długie, zadbane i zdrowe włosy. W duchu zaklinałam
moje „proste” geny i działałam przeciw przeznaczeniu kupując
masę środków wspomagających ich wzrost, mnóstwo odżywek oraz
maseczek. Wzdrygam się na samą myśl o podcięciu końcówek, ale
zazwyczaj jest to po prostu konieczność, jeśli nie chcę wyglądać
jak trawiasty mop. W sumie to moja fryzura pasuje do kształtu
pociągłej, owalnej twarzy. Mam małe czoło, ale nie zwykłam nosić grzywki. Odgarniam włosy na bok.
Rozległo
się pukanie.
Jadalnia
była ogromna. Niczym aula przygotowana na wystawny bankiet. W pewnym
momencie zwątpiłam, czy może sala jest przygotowana faktycznie na
jakieś przyjęcie, ale zobaczywszy jedynie dwa talerze na ogromnym
stole, zrezygnowałam z tej myśli.
Obie
podziękowałyśmy za posiłek i zaczęłyśmy pałaszować.
Śniadanko niczym ekstra szczególnym(jak sobie wyobrażałam :„o
ludzie, królewskie jedzenie, indyk w kapuście na dobry początek
dnia! Zaraz... Indyk w kapuście?”), chleb, masło,dżem, nutella,
ser, szynka, pomidory, ogórki, herbata, kawa... Niczym zwykły stół
szwedzki w hotelu.
-
Poprosiłam o coś najlżejszego, bez specjalnych, okolicznych
rarytasów, których być może twój nieco odmienny żołądek, by
nie zaakceptował.
Kiwnęłam
głową. Miała stuprocentową rację.
-
Zjedz dużo, dzisiaj będziesz miała ciężki dzień. Zaraz po
śniadaniu pójdziemy na badania, a potem na salkę treningową.
Dzisiaj zarezerwowałam czas tylko dla ciebie. - uśmiechnęła się
ciepło.
Po
plecach przeszedł mi zimny dreszcz.
-
B-badania? Przepraszam, ale...
-
Spokojnie! - machnęła ręką. - Nic się nie stanie, Iris Rail.
Usłyszawszy
swoje imię i nazwisko coś mnie drgnęło.
-
Jak moja babcia oraz wujek przyjęli do wiadomości informację o
moim... „Wyjeździe”?
-
Obyło się bez problemów. Dzisiaj po południu będziesz mogła do
nich zadzwonić.
Odetchnęłam
z ulgą.
Reszta
wspólnego posiłku odbyła się w martwej ciszy. Rilianna wyglądała
na wyluzowaną, co bardzo mnie niepokoiło. Kiedy kierowałam wzrok
ku niej, od razu się uśmiechała. Peszyła mnie tym. Skoro
wspomniała coś o badaniach, to może porwanie ma związek z moją
chorobą?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz