czwartek, 6 sierpnia 2015

Rozdział III (cz.I)

                                                                                    ~~~~



   Próbowałam się wydostać, ale dziewczyna wkładała w obezwładnienie mnie zbyt dużo siły. Szamotając się jak szalona zaczepiłam ręką o jej bandaż. Jednym ruchem przypadkowo go zerwałam. Zobaczyłam krwawe skronie zaszyte skórą. Nim zdążyłam na to zareagować, szalona nieznajoma przyssała się pazurami do moich kości na twarzy i zaczęła je ciągnąć.

- ODDAJ! ODDAJ!

Kopnęłam kobietę w brzuch, ale nawet nie zareagowała. Rozdrapała mi policzki.

Mimowolnie krzyknęłam. Zaczęłam wołać o pomoc. W pewnym momencie poczułam rezygnację. Przecież to piwnica, nikogo tu nie będzie, albo nikt mnie nie usłyszy. Po mojej mokrej od krwi twarzy zaczęły lać się łzy. Obłąkana jedną ręką mnie podduszała, a drugą ciągnęła za skroń.

Byłam pewna, że to koniec.

- Co się tu u licha wyprawia?!

Do pokoju wparował ubrany w niebieski uniform mężczyzna. Pielęgniarz. Wsadził nogę między nas dwie i jednym kopnięciem posłał dziewczynę na drugi koniec pokoju. Zakasał rękawy.

- Nie znasz regulaminu?! - krzyknął.

Podszedł do niej i uderzył w brzuch.

- Po co ja się z tobą męczę i tak nic dobrego z ciebie nie będzie.

Schylił się jeszcze raz i wymierzył jej liścia w polik.

- I więcej mi bez takich numerów. - zbliżył się do jej łóżka i chwycił kartę pacjenta. - Hah, obiekt zero siedemdziesiąt trzy. To i tak długo nie pociągniesz. Co ty chciałaś zdziałać wariatko?

Uśmiechnął się z pogardą i zwrócił wzrok ku mnie. Natychmiastowo sprawiłam, że zniknęły charakterystyczne uszy oraz kościste skronie.

- A pani czego tutaj szukała?

Przełknęłam ślinę. Skup się, jesteś z kółka teatralnego no ! Na ćwiczeniach z improwizacji wypadasz najlepiej! Czas wykorzystać to w praktyce!

- J-jestem z tutaj z polecenia księżniczki Rilianny. Sz-szukam lekarza Casnivuene. - wyjąkałam.

- Causnive. - poprawił mnie. - Hm, z tego co wiem jest teraz w archiwum. Jak pilna jest ta sprawa?

Na ostatnie pytanie odpowiedziały mi moje obolałe nogi.

- Bardzo.

Kiwnął głową.

- Czy to odnośnie JEJ? - zaakcentował ostatni wyraz.

Eeee... Nie wiem ło co kaman, ale najlepiej będzie jak po prostu kiwnę głową.

Kiwnęłam głową.

- Proszę za mną. - wyciągnął do mnie rękę.

Wzdrygnęłam się. Tą samą dłonią przed chwilą spoliczkował szaloną kobietę. Jednak ją chwyciłam.

Wyszliśmy z pokoju. Zamknął tym razem drzwi na klucz.

- Lepiej będzie jak ten potworek nie będzie już wychodził. - uśmiechnął się ciepło.

Co do licha, gdzie ja trafiłam...

Szłam krok w krok za nieznajomym. Ból wdawał się we znaki, potęgowany strasznym zimnem. On zdawał się w ogóle tym nie przejmować, uznałam więc, że lepiej będzie jeśli i ja obejdę się bez pocierania dłońmi o ramiona.

Korytarz wydawał się nie mieć końca. Co chwila wchodziliśmy do innego pomieszczenia, a następnie schodziliśmy do drugiego, kończąc i tak w holu. Wzdrygnęłam się na samą myśl, że będę musiała wracać sama. Mogłam zostać w pokoju, pewnie prędzej, czy później Causnive by do mnie przyszedł.

A w kij by przyszedł, pewnie włóczy się gdzieś i wyrywa ludziom nerki.

- Długo jest pani zamieszana w sprawę? - zagaił rozmowę pielęgniarz. - No wie pani, TEJ dziewczyny.

Podrapałam się po głowie. Na pewno nie chodziło mu o kobietę z, którą jeszcze chwilę temu prowadziłam śmiertelny pojedynek. Bez szczególnego zastanowienia odparłam :

- Tak.

Oparł ręce na ramionach, ciągle idąc przodem.

- Serio? Ja dopiero od dwóch tygodni, ale są i tacy co buszują nad tym od paru miesięcy. Raaaaany, to się teraz porobiło. Ja pani powiem, że cała podziemna dyżurka żyje tym ostatnio. Ni to na chwilę usiąść, ni to zapalić. Nie ma nawet mowy o tym, aby wyjść na świeże powietrze. Pani droga, jak oni mi po tym nie dadzą podwyżki to się zwalniam. - przeciągnął się ostentacyjnie. - Przecież ja od dwóch tygodni nie robię nic tylko badam DNA jakiejś laski i inne bzdety srety. - chrząknął. - Przepraszam szanowną panią najmocniej, ale w laboratoriach jest zakaz palenia papierosów i przez to jestem troszkę nerwowy. - uśmiechnął się zawadiacko. - Trochę jak na odwyku, nie?

Zmieszana rzekłam :

- No... Zupełnie jak na odwyku.

Chciałam tylko znaleźć lekarza. Facet, przyspiesz tempa i do archiwum, czy gdzie ta cholera jest.

Nagle z kieszeni przewodnika rozległo się pikanie.

- Ups, najmocniej pani droga przepraszam. - machnął ręką. - Pager mi brzęczy. - wyjął przedmiot i przeczytał wiadomość. - O w mordę. Przepraszam pani kochana, ale obiekt dwadzieścia osiem nam się coś psuje. No ja mówię pani, że teraz z tymi mieszańcami to same kłopoty. Żeby chociaż z tego jakiś dobry żołnierz był, ale to jeden na dwa lata! - podrapał się po karku. - A taka kasa na to wszystko idzie, że szok. No nic, ja muszę panią szanowną zostawić.

Poderwałam się.

- Z-zostawić?! Ale jak to?

Skrzyżował ręce.

- No ktoś musi podporządkować tego potworka, nie? Archiwum już niedaleko, pójdzie pani prosto, a potem skręci w prawo. Wybierze pani sobie te niebieskie drzwi z białą klamką... Zresztą pani to na inteligentną wygląda to poradzi sobie, nie? To ja już spadam, okej? - odwrócił się na pięcie. - Żegnam szanowną damę.

Pobiegł w swoim kierunku. Ja natomiast ciągle byłam roztrzęsiona – mało tego, nawet nie wiedziałam gdzie się znajduję. Na drodze do archiwum, czy może obok kolejnej sali z niespełna rozumu istotą? Przełknęłam ślinę. W korytarzu panował półmrok. Nagle zaczął się zdawać dwa razy ciaśniejszy niż przed chwilą. Skrzyżowałam odruchowo ręce na piersiach i zaczęłam pocierać ramiona. Nie dosyć, ze mały to zimny przedsionek powodował u mnie narastający niepokój. W dodatku ta rozszalała twarz co przed chwilą chciała mi wyrwać kości... Pokręciłam głową. To nie czas na to! Nogi cię nawalają jak stąd do Oceanu Atlantyckiego(,a nie ukrywam, był daleko), więc rusz się Iris i zrób to szybko! Co z tego, że prawdopodobnie zaraz się rozpłaczesz i dostaniesz ataku histerii – działaj!

Taką oto podbudowującą przemową zagrzałam siebie do dalszego marszu.

Myśli starałam się zaprzątać czymś innym, niż niekończące się zakręty. Już dawno zboczyłam z trasy jaką przekazał mi ustnie pielęgniarz. Na głos recytowałam wszystkie znane mi poezje oraz przepisy(te na jedzenie jak również drogowe oraz prawne). Prawie skończyłam cytować fragment ulubionej książki, kiedy moim oczom ukazała się w oddali pewna sylwetka. Nie czekając dłużej podbiegłam do niej. Im bliżej się znajdowałam, tym rysował mi się dokładniejszy kształt. Już mogłam wywnioskować, iż jest to kobieta, w takim samym uniformie, co mężczyzna, który mnie uratował. Przy piersiach ściskała jakąś teczkę, a włosy miała związane w sztywny kok. Musiała mnie zauważyć, gdyż nie ruszyła się z miejsca. Gdy zobaczyłam jej pełny wygląd ulżyło mi. Pielęgniarka oddziałowa, a nie chodzące niebezpieczeństwo.

- Przepraszam! - rzekłam zdyszana. - Czy mogłaby mnie pani zaprowadzić do archiwum?

Kobieta spojrzała na mnie jak na nienormalną. Zmierzyła mnie wzrokiem. Schowałam twarz w dłoniach. No tak! Nikomu byle z zewnątrz nie pokazuje się ot tak archiwum! Przecież to jedno z najbardziej strzeżonych pomieszczeń...

- Jeszcze raz przepraszam, źle mnie pani zrozumiała... Miałam na myśli, czy nie zabrałaby mnie pani do doktora Causnive? Jestem tutaj z polecenia księżniczki Rilianny Veronici Sophie Nightway. Jako... Ee-ee.. Ten... - myśl, myśl!- Przyjechałam tutaj z sanepidu, mój szef właśnie zajmuje się oddziałem pierwszym, a ja jako praktykantka, która wygrała konkurs biologiczny dostałam robotę przeprowadzić wywiad z doktorem Causnive. Jeden miły pielęgniarz powiedział mi, że profesor znajduje się w archiwum.

Kobieta niepewnie kiwnęła głową.

- Rozumiem... W takim razie zaprowadzę cię do gabinetu na dyżurce.

Poczułam ogromną satysfakcję.

Okazało się, że niejaki gabinet był bardzo niedaleko stąd. Miałam nadzieję, że ona mnie nie zostawi jak jej poprzednik. Przyjrzałam się z bliska jej uniformowi. Zdziwiło mnie, iż nosi pistolet przywiązany do paska. Pewnie to tylko paralizator, czy coś w tym stylu.

- Poczekaj tutaj. Jak się nazywasz?

Przeszedł mnie zimny dreszcz. W końcu zaczęłam rozumieć, dlaczego tak popularne jest stwierdzenie „życie buduje się na kłamstwie”.

- I-iryanna Raive. - wyjąkałam.

Ledwo co mi ta paskudna nazwa przeszła przez usta. Wolałam nie myśleć, że przerobiłam tak swoje miano... Bleh.

Pielęgniarka zmrużyła oczy.

- Iryanna? Raive? - powtórzyła podejrzanie.

Na moje szczęście jedynie machnęła ręką i weszła do pomieszczenia naprzeciw niej. Zanim totalnie zniknęła w(jedynym chyba) pokoju oświetlonym szpitalnymi lampami zdążyłam przeczytać co się znajdywało na identyfikatorze, który nosiła. Henrinna Balknove. Nie skomentuję jak głupio to brzmiało. I imię i nazwisko.

Parę minut później uświadomiłam sobie, że mimowolnie przyzwyczajam się do pulsującej nogi. Jednak wolałabym, aby obejrzał to specjalista – skoro i tak już tyle się namęczyłam, aby tu przyjść. Ktoś u góry wysłuchał moich próśb. Sekundę po moich rozmyślaniach przed oczami pojawiła mi się znajoma twarz.

- Doktorze! - krzyknęłam z niebywałą ulgą.

Niestety, mój widok nie uradował go tak samo jak mnie jego. Przeczesał powoli rzadką „czuprynę”.

- Co ty tu robisz? - wyrzucił z bulwersem.

Skrzyżowałam dłonie na piersiach.

- Co ja tu robię? Panie Causnive, nie ma nikogo przy moich drzwiach, straż poszła sobie na dancing, Erian pewnie obrabia panienki, a pan bawi się w papierkologię! Księżniczka chyba powiedziała, aby mnie pilnować? - spuściłam głowę w dół. - Ech, przepraszam za te nerwy... - z tego zmęczenia już złapało mnie poczucie winy. - Od długiego czasu strasznie boli mnie noga, dlatego próbowałam pana znaleźć...

Spojrzał na mnie jakby czegoś nie rozumiał.

- Jest dziewiętnasta, nie pomyślałaś, że może poszli na kolację i niedługo wrócą?

Momentalnie się poderwałam. C-co...?!

Doktorek się zaśmiał.

- Typowi wy. Najpierw działacie, potem myślicie. - pokręcił głową. - Skoro tu już jesteś to chodź, spojrzę na twój mankament. Jestem pewien, że teraz w poszukiwanie ciebie jest zaangażowany cały zamek... Trzeba będzie ich poinformować.

Wszedł z powrotem do gabinetu. Ruszyłam za nim. Byłam totalnie zmieszana. Jakim cudem nie pomyślałam o tym, że poszli coś zjeść? Ale mimo wszystko to nie hotel, żeby ot tak z zegarkiem w ręku szli na stołówkę.

Biuro nie było duże, ba, mieściły się tutaj zaledwie trzy szafy przepełnione dokumentami, stół z pc-tem, krzesłem obrotowym i niszczarka. Na samą myśl o pracowaniu tutaj przez pół dnia, dostawałam mikro ataku klaustrofobii.

- Usiądź, ja zaraz wracam. Zadzwonię do Eriana.

Kiwnęłam. I tak byłam już zmęczona, więc nie zamierzałam dalej śledzić gościa. Chyba mnie tutaj nie zamknie... Sanhil wyszedł i trzasnął drzwiami. Widocznie się na mnie wkurzył. Pokojem, a raczej dwoma, masywnymi szafami lekko zatrzęsło. Zaczęłam powoli obracać się na krześle, aby zapomnieć o koncercie muzyki heavy metalowej w moim kolanie. Nerwowo stukałam w jego oparcie. Nagle ni z tego ni z owego zrobiłam szybki, w pełni nieopanowany obrót i wywaliłam się na podłogę. Uderzyłam głową o biurko. Sterta papierów oraz teczek, która się na nim znajdowała rąbnęła mi na czoło. Starałam się wygramolić spod tej małej, papierowej góry Fuji. Chcąc nie chcąc, zerknęłam na akta wokół mnie. Musiałam to pozbierać zanim tamten gość wróci. Wstałam i schyliłam się, by podnieść pierwszy lepszy dokument.

Chwyciłam go i zamarłam w bezruchu.

Zamrugałam oczami. Już pewnie mam zwidy...

Jednak napis na teczce się nie zmienił.

Iris Rail – Akt Zgonu






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz